"Pleograf. Historyczno-Filmowy Kwartalnik Filmoteki Narodowej", nr 4/2021

„Ostatni prom” oraz „80 milionów” Waldemara Krzystka z perspektywy historyka



Krzysztof Kolberger Ostatni prom. Autor: Renata Pajchel. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Waldemar Krzystek należy do grona nielicznych twórców, którzy w swoich filmach podejmowali temat karnawału Solidarności oraz stanu wojennego. Uczynił to w dwóch produkcjach sensacyjnych. Ostatni prom (1989) był jednym z pierwszych filmów o stanie wojennym. Okres ten pojawił się także w innym jego filmie – 80 milionów (2011). Jaki obraz stanu wojennego, Polaków i ich postaw się z nich wyłania? I druga istotna kwestia: czy, a jeśli tak, to w jakim stopniu, filmy te oddają ówczesną rzeczywistość? Na ile wierne są realiom historycznym?

Ostatni prom

Film rozpoczyna pamiętna scena ukazująca kolejkę zdenerwowanych ludzi przed zamkniętym sklepem. Słyszymy wypowiedź jednego z rozzłoszczonych klientów twierdzącego, że aktualna sytuacja zaopatrzeniowa jest efektem działania władz w celu zdenerwowania ludzi, a następnie zrzucenia winy na Solidarność. Tak rzeczywiście wówczas było – peerelowska propaganda atakowała NSZZ „Solidarność” za rzekomo niszczące kraj strajki. Wielu Polaków podejrzewało również władze PRL o celowe ukrywanie żywności (przetrzymywanie jej w magazynach), a także o to, że jej brakuje , bo jest eksportowana do Związku Sowieckiego. To drugie podejrzenie sprawiło, że Solidarność domagała się nawet możliwości kontroli eksportu produktów żywnościowych. Jeśli zaś chodzi o braki żywności, to wynikały one z nieudolności peerelowskich władz i ich problemów ze skupem produktów rolnych, a nie z celowego przetrzymywania żywności w magazynach. O skali trudności zaopatrzenia się w podstawowe produkty, w tym spożywcze, świadczą organizowane latem 1981 roku marsze głodowe[1], którym trudno się dziwić, skoro sklepowe półki świeciły pustkami, a dyżurnym towarem był na nich ocet.

Główna akcja filmu rozgrywa się w dniach 12 i 13 grudnia 1981 roku na pokładzie promu Wilanów płynącego (w ramach kolejnego rejsu wycieczkowego) ze Świnoujścia do kilku portów Europy Zachodniej. Pierwszym z nich, a dla większości pasażerów zdecydowanych na emigrację z Polski również docelowym, jest Hamburg w Republice Federalnej Niemiec. Podróżni płyną do nowego, lepszego, lecz tak naprawdę nieznanego im świata. To właśnie oni są bohaterem zbiorowym tego filmu. Natomiast bohaterem indywidualnym jest nauczyciel języka polskiego w jednej ze szkół średnich, Marek Ziarno (Krzysztof Kolberger). Należy on do nietypowych pasażerów, nie planuje bowiem pozostania na Zachodzie. Po wypełnieniu swojej „tajnej”, ale jak się okazuje doskonale znanej Służbie Bezpieczeństwa misji, zamierza wrócić do Polski. Bohater ten został wysłany przez Solidarność – w swoim bagażu przewozi na Zachód ważne dane, m.in. listę osób, które w razie konieczności podejmą podziemną działalność. Mimo śledzenia przez SB oraz poddaniu się kontroli osobistej podczas odprawy celnej udaje mu się – dzięki byłej żonie Renacie (Agnieszka Kowalska) – przemycić je na odpływający prom.

Agnieszka Kowalska i Krzysztof Kolberger Ostatni prom. Autor: Renata Pajchel. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

W przypadku bohaterów w zdecydowanej większości gotowych na emigrację, w czasie rejsu dowiadujemy się o ich zróżnicowanych motywach opuszczenia kraju. I tak np. Rysiek (Artur Barciś) i Ewa (Ewa Wencel) – młodzi małżonkowie oczekujący narodzin dziecka – szukają szansy na lepsze życie, a zwłaszcza poprawę warunków mieszkaniowych. Sprzedali wszystko i nie mają już nawet do czego wracać. Z kolei ciągle wahający się Andrzej (Jerzy Zelnik) wyjeżdża za namową żony chcącej uratować ich małżeństwo (mąż ją zdradza, a kobieta o tym wie), lecz zasłaniającej się argumentem lepszej przyszłości dla ich dziecka na Zachodzie. Zdymisjonowany ważny działacz partii Zdzisław Marecki (Leonard Andrzejewski) ma nadzieję – dzięki dolarom wywiezionym z Polski – rozpocząć nowe życie po rozstaniu z żoną Jolą (Barbara Grabowska), także znajdującą się na promie. W trakcie rejsu wszystkie postaci zastaje wiadomość o wprowadzeniu stanu wojennego, którą otrzymał szyfrogramem kapitan (Leon Niemczyk). Po pewnym czasie, rzekomo ze względu na sztormową pogodę i bezpieczeństwo pasażerów, bohaterowie zostają poinformowani, że prom płynie z powrotem do Polski. W tej sytuacji część z nich podnosi bunt i na własną rękę zaczyna spuszczać szalupy, aby tylko nie wracać do kraju. Tymczasem do promu podpływają dwa zachodnioniemieckie kutry i przez megafony przekazują wiadomości (niezbyt zresztą precyzyjne) o wydarzeniach w Polsce – wypowiedzeniu wojny przez wojsko Solidarności, aresztowaniu Lecha Wałęsy czy godzinie milicyjnej. Jednocześnie pasażerom promu obiecują zabranie na swoje pokłady, z zapewnieniem, że władze RFN zapewnią im azyl oraz pracę. Od upragnionej wolności dzieli ich tylko jeden, ale trudny krok – skok do zimnego, grudniowego morza z wysokiego promowego pokładu. Większość pasażerów decyduje się skoczyć. Zostaje niewiele osób – młode małżeństwo (Rysiek i Ewa, gdyż ona nie decyduje się na skok), spokojny o los dokumentów zabranych na pokład niemieckiego kutra przez byłą żonę Marek, załoga oraz kilka innych osób, które wracają do kraju. W scenie końcowej Ziarno pojawia się w szkole, w której uczy, aby udowodnić swoim uczniom, że nie zdecydował się na emigrację i powrócił (zgodnie ze swoimi poglądami oraz złożoną im wcześniej obietnicą). Kiedy przychodzą po niego funkcjonariusze, uciekając przed nimi do tylnego wyjścia, jest żegnany przez swoich uczniów podniesionymi rękoma, z dłońmi złożonymi w charakterystyczny znak zwycięstwa „V”.

Ewa Wencel i Artur Barciś Ostatni prom. Autor: Renata Pajchel. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Według mnie film można oceniać na dwóch płaszczyznach – zgodności fabuły z faktami historycznymi oraz sposobu przedstawienia przez Krzystka ówczesnej rzeczywistości. Trudno przypuszczać, znając peerelowskie realia, że Marek Ziarno, gdyby Służba Bezpieczeństwa dysponowała wiedzą, że próbuje on wywieźć z kraju bezcenne z jej punktu widzenia dane, zostałby wypuszczony z kraju. Zatrzymano by go pod byle pretekstem na granicy. Pytanie tylko, w jakim celu miałby on wywozić na Zachód dane narażające wielu działaczy opozycji? Owszem przed 13 grudnia 1981 roku przygotowano – w niektórych zakładach – zastępcze komisje zakładowe, ale takich zestawień raczej nie sporządzano na papierze, ani tym bardziej nie wywożono na Zachód, bo też nie było takiej potrzeby. Nawiasem mówiąc, nieprawdopodobne wydaje się, aby prom, który wypłynął 12 grudnia przed zmrokiem, a więc zapewne jeszcze przed godziną 15.00, nie dopłynął do Hamburga, do momentu kiedy to na jego pokład dotarła informacja o wprowadzeniu stanu wojennego, czyli nie wcześniej niż o godzinie 6.00 13 grudnia[2]. Kolejną kwestią jest to, po co funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, wraz ze swoim tajnym współpracownikiem, miałby po otrzymaniu informacji o wprowadzeniu stanu wojennego – w sytuacji, kiedy prom zawrócił do Polski – próbować dalej odzyskać od głównego bohatera wspomniane wcześniej materiały? Mógł przecież spokojnie poczekać na powrót do kraju – scena ta rozgrywa się jeszcze przed buntem części pasażerów i przed podpłynięciem zachodnioniemieckich kutrów. Poza tym zaangażowanie w tę akcję tajnego współpracownika – potencjalnie cennego – oznaczałoby jego dekonspirację – zupełnie w tym przypadku nieuzasadnioną potrzebami oraz korzyściami operacyjnymi.

Takich szczegółów niezgodnych z realiami historycznymi można zresztą wskazać więcej, wśród nich np. decyzję Wojskowej Rady Ocalenia Narodowej o aresztowaniu towarzysza Mareckiego. Po pierwsze, WRON takich decyzji nie podejmował, po drugie, jeśli już, to dygnitarz ten mógł zostać internowany, a nie aresztowany, ze względu na abolicję na czyny sprzed 13 grudnia 1981 roku wprowadzoną wraz ze stanem wojennym. Decyzje o internowaniu sygnował komendant wojewódzki Milicji Obywatelskiej, choć odbywało się ono na podstawie danych Służby Bezpieczeństwa lub – jak w przypadku towarzysza Mareckiego i innych osób pełniących kierownicze stanowiska w państwie – na podstawie decyzji, która zapadła na najwyższym szczeblu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Zupełnie nieprawdopodobna, choć w pełni uzasadniona ze względów dramaturgicznych, jest również scena z zachodnioniemieckimi kutrami i ich załogą namawiającą pasażerów promu do skakania do Bałtyku. Podobnie zresztą jak wspomniana wcześniej decyzja o zawróceniu promu.

Te mankamenty są jednak wyłącznie tłem dla głównego tematu filmu, którym jest emigracja Polaków w latach 80. oraz ich postawy w sytuacji nadzwyczajnej, jaką jest wprowadzenie stanu wojennego. Warto podkreślić, że w tym przypadku jest zdecydowanie lepiej niż w przypadku zgodności fabuły z faktami historycznymi. Mimo pewnych mankamentów i przerysowań – według mnie – udało się to naprawdę dobrze. O scenie otwierającej film była już mowa. Po szturmie na puste sklepowe półki kolejna scena rozgrywa się w jednej ze szkół średnich, której uczniowie ewidentnie nastawieni są na emigrację z kraju. Owszem, część z nich wspiera Solidarność, czy – dokładniej – występuje „przeciwko komunie”, malując różnego rodzaju napisy na murach, ale jednocześnie nie widzi dla siebie miejsca w kraju. Obraz taki wydaje się bardziej trafny dla okresu po wprowadzeniu stanu wojennego – szczególnie dla połowy lat 80., a nie tzw. solidarnościowego karnawału, któremu jednak towarzyszył wybuch entuzjazmu społecznego[3]. Należy jednak przypomnieć, że jesień 1981 roku to czas, kiedy nastroje społeczne uległy już zdecydowanemu pogorszeniu. Częściowo wynikało to z faktu, że Solidarność nie była w stanie spełnić pokładanych w niej nadziei społecznych, a po części był to efekt celowych działań władz (m.in. tzw. taktyki odcinkowych konfrontacji, stosowanej najprawdopodobniej od końca 1980 roku[4]) w celu spadku poparcia dla związku. Dzięki działaniom peerelowskich władz i Służby Bezpieczeństwa, a zwłaszcza zmasowanej kampanii propagandowej – jak wynika z badań Ośrodka Badań Opinii Publicznej i Studiów Programowych Komitetu ds. Radia i Telewizji – poparcie społeczne dla NSZZ „Solidarności” znacząco spadło (z 74% w badaniu z 19–20 września do 58% w dniach 23–24 listopada)[5]. Mimo widocznego pogorszenia nastrojów społecznych, ta pokazana w filmie powszechna wręcz chęć emigracji młodzieży przed 13 grudnia wydaje się przesadzona. Owszem – ucieczki, odmowy powrotu do kraju czy nawet porwania samolotów zdarzały się między wrześniem 1980 roku a grudniem roku 1981, ale tak naprawdę masową skalę przybrały dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego – oczywiście już po przywróceniu ruchu międzynarodowego[6]. Jak pisze Dariusz Stola, badający politykę paszportową władz PRL – Fala [emigrantów] zaczęła wzbierać szczególnie szybko latem 1981[7]. Było to m.in. efektem pewnej liberalizacji polityki paszportowej. Głównym kierunkiem emigracji stała się Austria, która nie wymagała od Polaków wiz. W tym kraju liczba wniosków obywateli PRL o azyl wzrosła z 538 w 1978 roku do 1000 w roku 1980 oraz 29 tys. w roku 1981. Na marginesie, kolejnym zakazem wprowadzonym 13 grudnia 1981 roku było uprawianie turystyki oraz sportów żeglarskich i wioślarskich na morskich wodach wewnętrznych[8]. Cel tego przepisu (jednego z artykułów dekretu o stanie wojennym) był oczywisty – ograniczenie ucieczek z kraju. Wracając do filmu, niezależnie od wątpliwości dotyczących powszechności nastrojów emigracyjnych wśród młodzieży przed stanem wojennym, udało się w nim świetnie uchwycić atmosferę pewnej beznadziei (cytowany przez jednego z uczniów wynik komputerowej symulacji dotyczącej osiągnięcia przez jego brata zachodniego poziomu życia za ponad 130 lat). Kwestia ucieczek z Polski, a właściwie odmów powrotu do kraju, pojawia w jednej z kolejnych scen – wspomina o nich kapitan promu. Z jednej strony znowu mamy do czynienia z przesadą, jaką jest stwierdzenie, że w przypadku dwóch poprzednich rejsów na taki krok zdecydował się komplet pasażerów. Owszem, tak się zdarzało, ale raczej po 13 grudnia 1981 roku, a i to nie było przecież normą. Z drugiej strony, z ust kapitana pada prawdziwe stwierdzenie, że kraj opuszczali ludzie wykształceni. Należy w tym miejscu przypomnieć, że emigracja z Polski po wprowadzeniu stanu wojennego do końca lat 80. dotyczyła co najmniej kilkaset tysięcy osób[9], podczas gdy tzw. Wielka Emigracja po powstaniu listopadowym 1830–1831 – „zaledwie” około 29 tysięcy osób[10].

Adriana Średzińska, January Brunov, Krzysztof Kolberger Ostatni prom. Autor: Renata Pajchel. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

W kolejnych scenach filmu, zarówno w trakcie odprawy paszportowej, jak i podróży na promie, otrzymujemy swoisty portret zbiorowy polskich emigrantów, ukazujący ich zróżnicowane postawy i motywacje. Niejako przy okazji została sportretowana także załoga promu. I to w sytuacji próby – sytuacji nadzwyczajnej. Mamy tu kapitana koniunkturalistę, który po otrzymaniu informacji o stanie wojennym i rozkazu zawrócenia promu do Polski w celu uniknięcia odpowiedzialności za podejmowane działania i ich ewentualne skutki symuluje chorobę. Mamy tu okrętowego lekarza nadużywającego alkoholu, który go demaskuje, ale stwierdza, że wystawi mu fałszywe zaświadczenie o jego niedyspozycji, czy wreszcie młodego szefa Solidarności, a przy okazji pogromcę niewieścich serc, no i jego kolegę ze związku, który okazuje się tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Wracając do postaw bohaterów filmu, jego autorom udało się bardzo dobrze oddać desperację części z nich, aby z Polski uciec (sceny rodziców skaczących z małymi dziećmi do lodowatego Bałtyku), a przy tym pokazać motywację tych nielicznych, którzy na taki krok się nie zdecydowali.

Sceny końcowe filmu, czyli powrót głównego bohatera Marka Ziarno do szkoły i jego spotkania z uczniami zaangażowanymi zresztą w działalność konspiracyjną, jak najbardziej uzasadnione scenariuszowo, każą zadać historykowi pytanie o ich realność. Trudno przypuszczać, aby ukrywający się od pewnego czasu nauczyciel (13 grudnia 1981 roku na kilka tygodni zawieszono naukę szkolną) pojawiał się w szkole tylko po to, aby powiedzieć swym uczniom, że niezależnie od tego, co się w kraju wydarzy, nie zwolni ich to z nauki. Nawet jeśli bohater ten – jak w filmie – dla jednych jest idealistą, dla innych wręcz naiwnym frajerem.

Reasumując, Ostatni prom jest bardzo udanym portretem polskich postaw Anno Domini 1981, gorzej jest natomiast z oddaniem realiów tego okresu. Oczywiście w niektórych przypadkach jest to w pełni uzasadnione ze względów scenariuszowych (w końcu mamy do czynienia z filmem sensacyjnym, a nie fabularyzowanym dokumentem), ale w innych wierność historycznym faktom w niczym by nie zaszkodziła. Nie zmienia to jednak pozytywnej oceny tego filmu, który jest ciekawą próbą przedstawienia peerelowskiej rzeczywistości z końca 1981 roku, a dokładniej jej pewnego małego wycinka.

80 milionów

W przeciwieństwie do Ostatniego promu akcja tego filmu oparta jest na wydarzeniach autentycznych. Jej zasadnicza część rozgrywa się przed stanem wojennym, ale dotyczy ona głównie przygotowań do niego – zarówno peerelowskich władz, a dokładniej wrocławskiej bezpieki, jak i drugiej strony, czyli działaczy dolnośląskiej Solidarności. Akcja rozpoczyna się od sceny z sierpnia 1980 roku przedstawiającej strajki w stolicy Dolnego Śląska – Wrocławiu. To właśnie tu poznajemy głównych bohaterów filmu – po części postaci autentyczne (m.in. Stanisława Huskowskiego – granego przez Wojciecha Solarza, Józefa Piniora – w tej roli Krzysztof Czeczot czy Piotra Bednarza – kreacja Macieja Makowskiego). Nie jest to jednak film dokumentalny – zarówno wydarzenia, jak i sami bohaterowie ukazani w filmie niekiedy znacząco różnią się od oryginałów. Można powiedzieć, że są jedynie pretekstem dla opowiedzenia atrakcyjnej historii. Już na samym początku widzimy scenę marszu z 31 sierpnia 1980 roku przez ulice Wrocławia. Marszu, którego nie było, bowiem wrocławski strajk został zakończony przez miejscowy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w nocy z 31 sierpnia na 1 września. Wracając do fabuły, akcja filmu koncentruje się na ostatnich miesiącach 1981 roku, kiedy peerelowskie władze finiszują przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego, a do świadomości działaczy Solidarności zaczyna docierać potrzeba podjęcia kroków na wypadek siłowych działań wobec związku, stąd też tytułowe 80 milionów wypłacone z banku. Zanim jednak do tego dojdzie, widzimy z jednej strony funkcjonowanie NSZZ „Solidarność” w stolicy Dolnego Śląska, a z drugiej strony operacje wrocławskiej Służby Bezpieczeństwa. Jej funkcjonariusze podejmują zarówno działania przeciwko związkowcom, których inwigilują, jak i takie, które mają na celu skompromitowanie Solidarności. Były one (przynajmniej po części) elementem tzw. odcinkowych konfrontacji[11], o czym była już mowa przy okazji analizy filmu Ostatni prom. W tym przypadku jest to nieudana prowokacja zorganizowana na jednym z wrocławskich cmentarzy, polegająca na zdewastowaniu grobów żołnierzy sowieckich. Akcja zakończona w filmie niepowodzeniem, czyli zatrzymaniem przez działaczy dolnośląskiej Solidarności funkcjonariuszy SB w trakcie niszczenia grobów. Rzeczywiście przypadki tego rodzaju dewastacji cmentarzy czy pomników ku czci Sowietów poległych w Polsce w czasie II wojny światowej miały miejsce, zwłaszcza w roku 1981. Nigdy jednak nie udało się zatrzymać ich sprawców, ani odnaleźć dokumentacji dotyczącej zorganizowania tego rodzaju operacji. Nie wiemy zatem, czy były one dziełem funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa – co wydaje się najbardziej prawdopodobne – czy może nieco niesłusznie zapomnianej, a wspomagającej Służbę Bezpieczeństwa w zwalczaniu związku Wojskowej Służby Wewnętrznej[12], czy też jeszcze innych sprawców.

Maciej Makowski, Krzysztof Czeczot, Marcin Bosak, Wojciech Solarz 80 milionów. Autor: Jarosław Sosiński. Prawa: MediaBrigade

Tytułowa akcja pobrania 80 milionów z banku przez działaczy wrocławskiej Solidarności rzeczywiście miała miejsce. Piotr Bednarz, Stanisław Huskowski, Józef Pinior i Tomasz Surowiec wypłacili z konta związku we wrocławskim oddziale Narodowego Banku Polskiego 80 mln zł. Działacze związku pieniądze przekazali metropolicie wrocławskiemu abp. Henrykowi Gulbinowiczowi (Adam Ferency), który zresztą był pomysłodawcą zamiany złotówek na dolary, aby przy szalejącej w PRL inflacji przekazane mu środki nie straciły na wartości. Cała akcja miała jednak oczywiście inny, dużo mniej dramatyczny przebieg niż to przedstawiono w filmie. Działacze Solidarności nie byli poddani przed wypłatą pieniędzy tak ścisłej obserwacji Służby Bezpieczeństwa, jak to ukazano. Działali zresztą jawnie i w pełni legalnie, na podstawie związkowych pełnomocnictw. Nie musieli więc np. przerabiać na czas „akcji” tablic rejestracyjnych jednego z samochodów. Informacji o wypłacie przez nich tak znacznej sumy nie przekazał swoim przełożonym dyrektor oddziału Narodowego Banku Polskiego Jerzy Aulich (Cezary Morawski), więc władze (w tym SB) dowiedziały się o niej z pewnym opóźnieniem[13]. To z kolei oznaczało, że nie było – atrakcyjnego dla widza – pościgu za związkowcami esbeków, a co za tym idzie – nie było wypadku działaczy Solidarności, którzy nie wjechali pod pociąg. Ponieważ ich działanie było w pełni legalne, nie musieli ukrywać się przed wprowadzeniem stanu wojennego. Podobnie jak pomysłem scenarzystów – ciekawym dramaturgicznie, ale niemającym nic wspólnego z rzeczywistymi wydarzeniami – była wizyta kapitana SB Stanisława Sobczaka (Piotr Głowacki) we wrocławskiej kurii i jego oferta krycia opozycji w zamian za łapówkę w wysokości „drobnych” 20 mln złotych. Film kończą sceny z internowania jednego z bohaterów filmu, działacza wrocławskiej Solidarności – Maksa, oraz z nielegalnej demonstracji na moście Grunwaldzkim w dniu 31 sierpnia 1982 roku.

Można odnieść wrażenie, że autentyczne wydarzenia zostały przedstawiono w filmie w krzywym zwierciadle. Z jednej strony mamy w nim nie do końca poważnych liderów czy raczej działaczy wrocławskiej Solidarności, a z drugiej – walczących z nimi nieudaczników ze Służby Bezpieczeństwa, z ich cynicznymi szefami. Wydaje się to krzywdzące, szczególnie w przypadku działaczy związku wymienionych z imienia i nazwiska, których zdjęcia i biogramy pojawiają się zresztą na końcu 80 milionów – zwłaszcza że Pinior i Bednarz byli kolejnymi szefami Regionalnego Komitetu Strajkowego Dolny Śląsk, czyli władz podziemnej wrocławskiej Solidarności. Takie przedstawienie działaczy Solidarności, gdyby dotyczyło postaci anonimowych, nie budziłoby sprzeciwu, tym bardziej że trudno nie zauważyć w ich przypadku pewnej naiwności. I tak np. ich kolega ze związku – Władysław Frasyniuk, którego zdjęcie i biogram również zamieszczono na końcu filmu, kiedy na początku grudnia 1981 roku zgłosili się do niego działacze Związku Zawodowego Funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej z ostrzeżeniem, że funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa szykują do siłowej rozprawy ze związkiem i wykupują łomy, miał oświadczyć: czapkami ich nakryjemy. Na marginesie, podczas posiedzenia ostatniej Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” przed wprowadzeniem stanu wojennego (11–12 grudnia 1981 roku), padały takie pomysły, jak abolicja dla funkcjonariuszy SB czy zagwarantowanie Związkowi Sowieckiemu tras komunikacyjnych dla wojska. A w tym czasie władze PRL rozpoczynały już siłową pacyfikację związku[14]. Tym, co może budzić wątpliwości jest też sposób pokazania funkcjonowania Służby Bezpieczeństwa. Esbecy – może poza Sobczakiem – zostali przedstawieni jako grupa dość jednorodna, niezbyt inteligentna. To zresztą szerszy problem pewnego schematycznego wizerunku funkcjonariuszy SB, czy szerzej aparatu bezpieczeństwa w filmach. Często są oni pokazani – podobnie jak w 80 milionach – jako jednorodna grupa nieudaczników lub też wybitnych fachowców mogących wręcz zakulisowo wpływać na losy ludzi i państwa – zob. Służby specjalne Patryka Vegi, którego akcja rozgrywa się już po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, na które przemianowano Wojskową Służbę Wewnętrzną. W rzeczywistości w latach 70., a zwłaszcza 80., do bezpieki trafiali różni ludzie. W przypadku Służby Bezpieczeństwa zdarzało się, że były to postacie nader ciekawe, zdecydowanie wymykające się temu schematowi. Tak było np. w przypadku czteroosobowej grupy prowadzącej działania przeciwko „Tygodnikowi Solidarność”, w ramach sprawy pod kryptonimem „Walet”. I tak ich szef – Paweł Bańkowski był doświadczonym w pracy operacyjnym esbekiem, mocno zaangażowanym w swoją pracę i zaniedbującym z tego powodu nawet rodzinę. Robert Grzelak to z kolei człowiek gotowy wykonać pieczołowicie każde polecenie swoich szefów, Stefan Kardaszewski poszedł do SB dla korzyści (wyższa pensja, mieszkanie), zaś Artur Woroniecki to funkcjonariusz mający problemy z alkoholem[15].

Mirosław Baka, Jan Frycz 80 milionów. Autor: Jarosław Sosiński. Prawa: MediaBrigade

Autorzy dokonali również przeniesienia na okres solidarnościowego karnawału wydarzeń, które rzeczywiście rozgrywały się, ale już po wprowadzeniu stanu wojennego. A szkoda, bo o ile wiele zabiegów scenariuszowych, które są odejściem od rzeczywistego przebiegu zdarzeń (tytułowa akcja wypłacenia 80 milionów) wydaje się w pełni uzasadnionych w przypadku filmu sensacyjnego, o tyle akurat owe przeniesienie pewnych wydarzeń z okresu po 13 grudnia 1981 roku do czasów legalnej działalności NSZZ „Solidarność” odziera je z wiarygodności, bez widocznej korzyści dla samego filmu. Tym bardziej, że wystarczyłoby je przesunąć zaledwie o kilka dni. Tak jest np. w przypadku pogłosek rozpuszczanych przez bezpiekę na temat ukrywającego się Piniora, zgodnie z którymi bawi się on w austriackich kasynach za wypłacone pieniądze. Podobnie rzecz się ma w przypadku scen brutalności funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, którzy porywają drukarza Bogdana (w tej roli Przemysław Bluszcz) po nieudanym przeszukaniu w jego drukarni. Zostaje on porwany w biały dzień, w miejscu publicznym, m.in. przez umundurowanego funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej, a następnie skatowany. Jak się można domyślić – co wynika z kolejnych scen – w tym przypadku, oprócz motywu osobistej zemsty za nieudaną akcję bezpieki i ośmieszenie jej funkcjonariuszy, powodem działań jest prowokowanie napięcia, protestów. To działanie wpisuje się we wspomnianą wcześniej taktykę odcinkowych konfrontacji. Co więcej – patrząc z punktu widzenia historyka – nawiązuje do tego, co minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak na początku października 1981 roku nakazywał swoim podwładnym, zresztą w nader barwny sposób: wpuszczanie przeciwnika w maliny, stawianie wroga w kompromitującym położeniu, utrzymywanie atmosfery napięcia oraz podgrzewanie nastrojów, gdyż kolejne strajki mogą dać pretekst do wprowadzenia stanu wojennego[16]. Problem w tym, że nie odbywało się to w tak ostentacyjny sposób. Tego rodzaju akcja, jak przedstawiona w filmie w okresie legalnej, działającej Solidarności, obróciłaby się przeciwko jej autorom. Owszem, w solidarnościowym karnawale zdarzały się pobicia czy nawet porwania działaczy związku, ale odbywały się one bez świadków. Zmieniło się to po 13 grudnia 1981 roku. Podobnie ma się sytuacja z zatrzymaniem, zastraszaniem i brutalnym przesłuchaniom Huskowskiego. W tym przypadku można wręcz powiedzieć, że to typowa sytuacja nie tylko w stanie wojennym i latach następnych (zob. tzw. porwania toruńskie[17]), ale nie dla okresu legalnej działalności Solidarności.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że w filmie przedstawiono działania Służby Bezpieczeństwa – podobnie, jak jej funkcjonariuszy – w krzywym zwierciadle. To jeden z dwóch największych mankamentów filmu. I tak np. po nagraniu przez funkcjonariuszy SB propozycji korupcyjnej kapitana Sobczaka, ten nie zostałby jedynie zesłany przez komendanta wojewódzkiego do Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej i wysłany na ulicę – jak w finałowej scenie filmu – lecz co najmniej wyrzucony z hukiem z resortu spraw wewnętrznych, a zapewne poszedłby siedzieć. Zwłaszcza że niezbyt dobrze wyrażał się – jak w filmie – o córce swojego szefa, a na dodatek jego korupcyjnej propozycji nie było szans zatrzymać w tajemnicy – wiedzieli o niej funkcjonariusze podsłuchujący kurię. Inna sprawa, że gdyby Sobczak – co mógł zresztą spokojnie uczynić – tłumaczył się, że było to pociągnięcie taktyczne w celu potwierdzenia informacji o zdeponowaniu pieniędzy u kardynała Gulbinowicza i tym samym odzyskania ich przez SB, mógłby się spokojnie obronić. Jednak to – co w pełni rozumiem – utrudniałoby konstrukcję sceny finałowej, w której bohaterowie z obu stron barykady spotykają się na moście Grunwaldzkim. Wracając do pokazania sposobu funkcjonowania Służby Bezpieczeństwa w krzywym zwierciadle, w filmie znalazły się dwie sceny – po wprowadzeniu stanu wojennego jej funkcjonariusze (działacz NSZZ „Solidarność” i rzekoma współpracowniczka francuskiego dziennikarza) dekonspirują się, ujawniając swoją prawdziwą rolę. W rzeczywistości wykorzystywano by ich dalej, tym razem do działań wobec funkcjonującej w podziemiu Solidarności. Można też żałować, że funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zastąpili w tym przypadku – z niezrozumiałych względów – jej tajnych współpracowników. W tym akurat przypadku między sierpniem 1980 roku a grudniem roku 1981 kierowanie do działalności opozycyjnej przez bezpiekę było normą, a tajni współpracownicy odgrywali nieraz znaczącą rolę w zwalczaniu „elementów antysocjalistycznych”, jak władze określały wówczas opozycjonistów. Natomiast przypadki skierowania kadrowych funkcjonariuszy w szeregi legalnie działającej Solidarności nie są znane.

Sonia Bohosiewicz 80 milionów. Autor: Jarosław Sosiński. Prawa: MediaBrigade

Tym, co razi z punktu widzenia realiów historycznych, jest również sposób przedstawienia wojska symbolizowanego przez majora Bagińskiego – jak się można domyślić z kontekstu – oficera Wojskowej Służby Wewnętrznej. Jako jedyny przedstawiciel władzy sympatyzuje on z Solidarnością i sabotuje działania Służby Bezpieczeństwa. W filmie pada nawet podejrzenie, że przed laty zwerbował go jako młodego żołnierza niejaki Tadeusz Markuć „Kmicic” (wcielił się w niego Mariusz Benoit) – postać fikcyjna. Oficer ten jawi się jako jedyny sprawiedliwy po stronie władz, człowiek honoru. Ten „dobry wojskowy” w 80 milionach to element szerszego kultu – kultu Wojska Polskiego, w tym Ludowego Wojska Polskiego, które po II wojnie światowej wielokrotnie odgrywało najgorszą rolę – czy to w zwalczaniu podziemia niepodległościowego, czy to w krwawym tłumieniu protestów (w czerwcu 1956 roku w Poznaniu, w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu), czy represjonowaniu osób uznanych za wrogów systemu (od żołnierzy, górników, przez kleryków wysyłanych do specjalnych jednostek, aż po działaczy opozycji wysłanych „w kamasze” pod koniec 1982 roku). Również stan wojenny był dziełem wojska. To wojsko – za pośrednictwem komisarzy wojskowych – rządziło w wielu instytucjach. Na czele partii i państwa stał wojskowy (Jaruzelski), a w kierowanym przez niego rządzie nie brakowało wojskowych. Mało tego, to właśnie wyżsi oficerowie Wojska Polskiego należeli przed 13 grudnia 1981 roku do bardziej nieprzejednanych wrogów Solidarności oraz zwolenników działań siłowych przeciwko niej. Jedynym wyższym wojskowym, którego zapamiętano dzięki wallenrodycznej postawie, był Ryszarda Kukliński, ale i on nie współpracował z Solidarnością, a z Amerykanami. Tymczasem przypadki współpracy z opozycją – w tym z legalnie działającą Solidarnością – zdarzały się, ale w przypadku Służby Bezpieczeństwa. Najbardziej znanym przykładem jest oczywiście Adam Hodysz z gdańskiej SB. Również we Wrocławiu, w którym rozgrywa się akcja filmu, miała funkcjonować grupa esbeków wspierających opozycję (w tym Solidarność) określana mianem grupy Charukiewicza, przekazująca związkowcom informacje i ostrzeżenia przez akcjami Służby Bezpieczeństwa, a nawet jej tajnymi współpracownikami[18].

Emilia Komarnicka i Marcin Bosak 80 milionów. Autor: Jarosław Sosiński. Prawa: MediaBrigade

Powyższe uwagi dotyczące czasami dość znacznej rozbieżności fabuły z wydarzeniami historycznymi nie przekreślają faktu, że powstał obraz interesujący i wart obejrzenia. A co najważniejsze – mający szansę zainteresować widzów prawdziwą historią 80 milionów wypłaconych w przeddzień stanu wojennego i ceny, jaką za swe działania zapłacili dzielni działacze Solidarności. I może sięgnięcia do książki Katarzyny Kaczorowskiej 80 milionów. Historia prawdziwa[19].

Podsumowanie

Bliższy oddaniu realiów stanu wojennego jest Ostatni prom. W tym, zdecydowanie bardziej kameralnym od 80 milionów filmie, główną osią są reakcje, zachowania ludzkie. W 80 milionach z kolei kosztem realiów postawiono na wartką, sensacyjną akcję. Nie zmienia to faktu, że oba filmy w mojej ocenie (jako widza) są obrazami ciekawymi. W interesujący sposób opowiadają o Polsce tuż przed i zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego. I nie zmieniają tego większe czy mniejsze mankamenty, w tym niezgodność z faktami historycznymi niektórych scen obu filmów. Mankamenty widoczne bardziej w przypadku 80 milionów, a nie zawsze uzasadnione potrzebami scenariuszowymi. Warto pokusić się o refleksję, że nie zawsze większy dystans czasowy służy lepszemu oddaniu realiów pokazywanej epoki czy wydarzenia.

Grzegorz Majchrzak – historyk, doktor nauk politycznych, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, członek Stowarzyszenia „Archiwum Solidarności” i Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Zajmuje się głównie badaniem dziejów aparatu represji (zwłaszcza organów bezpieczeństwa), opozycji demokratycznej w PRL (głównie NSZZ „Solidarność”), funkcjonowaniem mediów (przede wszystkim Polskiego Radia i Telewizji Polskiej) przed 1989 rokiem, sportem w PRL oraz stanem wojennym. Autor scenariusza filmu dokumentalnego Kryptonim „Prorok” (2016), konsultant historyczny filmów dokumentalnych (np. Taśmy z Magdalenki (2015), Ksiądz (2016), Werdykt (2019)) i spektakli Teatru Telewizji, m.in. Oskarżenie. Śmierć sierżanta Karosa (2007), Czarnobyl. Cztery dni w kwietniu (2010), współtwórca cyklów telewizyjnych (członek zespołów) Taśm bezpieki Archiwum zimnej wojny.

Streszczenie:

Waldemar Krzystek w filmach Ostatni prom (1989) oraz 80 milionów (2011) poruszył kwestie karnawału Solidarności oraz stanu wojennego. Główna akcja pierwszego z filmów rozgrywa się na promie między 12 a 13 grudnia 1981 roku, a jego bohaterami są pasażerowie w zdecydowanej większości pragnący wyemigrować na Zachód. W drugim – najważniejszym wydarzeniem jest historia wypłacenia tytułowych 80 milionów przez kilku działaczy dolnośląskiej Solidarności, w czym próbują im przeszkodzić funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Główną osią filmu są zmagania bezpieczniaków z działaczami związku. Waldemar Krzystek pokazuje początek lat 80. w atrakcyjny sposób – to produkcje sensacyjne, z wartką akcją, niewątpliwe mogące zaciekawić przeciętnego widza. Historyk jednak jest odbiorcą specyficznym, gdyż patrzy na dany obraz również z perspektywy jego zgodności z realiami historycznymi. Oczywiście w przypadku tego rodzaju filmów fakty muszą czasem ustąpić miejsca żywej i dynamicznej historii, jednak zwłaszcza w 80 milionach zdarza się to zbyt często, a na dodatek nie zawsze – przynajmniej w mojej ocenie – wynika z potrzeb scenariusza. To zresztą dwa różne obrazy – Ostatni prom jest produkcją zdecydowanie bardziej kameralną, rozgrywającą się w zasadzie w jednym miejscu. Być może dzięki temu to właśnie w nim postacie wydają się autentyczne, a i sam film jest bliższy realiom tamtego czasu. Natomiast w 80 milionach kosztem faktów postawiono na barwną, wręcz westernową opowieść. 

Waldemar Krzystek took up the topic concerning carnival of Solidarity and martial law in the films Ostatni prom (1989) as well as in the 80 milionów (2011). The main action of the first film is set on a ferry between 12th and 13th December 1989 and its characters in the vast majority are passengers who desire to emigrate to the west. In the second film the most important event is a history of withdrawing the title 80 millions by several activists of the Lower Silesia Solidarity, but some Security Service officers try to impede it. Whereas the main plot of this film are struggles between NSA types and union activists. Waldemar Krzystek shows the early 1980s in an attractive way. The sensational productions with fast-paced action undoubtedly can interest an average viewer. However, the historian is a specific audience because he looks at an image also from a perspective of his compliance with historical realities. It is obvious that for these kinds of movies, facts sometimes have to give way to a vivid and dynamic history. Although, especially in the 80 milionów it happens too often and what is more, it not always results from the needs of the script – at least in my opinion. Anyway these are two different images – Ostatni prom is a production definitely more intimate and it takes place basically in one spot. Perhaps because of this the characters seem authentic; moreover, the film is closer to the realities of that time. While in the film 80 milionów instead of facts, there was chosen a colorful and even western story. 


  1. Zob. A. Zawistowski, „Powstańcie, których dręczy głód!” Wokół protestów przeciwko ograniczeniom norm reglamentacyjnych latem 1981 r., [w:] Yesterday. Studia z historii najnowszej dedykowane prof. Jerzemu Eislerowi w 65. rocznicę urodzin, Warszawa 2017, s. 262–282.

    Z kolei łódzkie marsze opisywali m.in. Krzysztof Lesiakowski i Grzegorz Nawrot (K. Lesiakowski, G. Nawrot, Marsz głodowy kobiet, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2012, nr 12, s. 28–30) czy Milena Przybysz, która wspominała również o podobnych protestach w innych miastach, np. Kutnie (M. Przybysz, „Żądamy jeść, bo możemy władzę zgnieść” Demonstracje uliczne w 1981 roku, Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2010, nr 9/10, s. 130–133). Marszowi głodowemu w Łodzi została też poświęcona specjalna broszura autorstwa Sebastiana Pilarskiego (S. Pilarski, Marsz głodowy w Łodzi 30 lipca 1981 r., Łódź 2021).

  2. O godz. 6.00 rano o wprowadzeniu stanu wojennego poinformowano m.in. I sekretarzy Komitetów Wojewódzkich Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

  3. O poprawie nastrojów społecznych w solidarnościowym karnawale świadczyły m.in. dwa rzadko wspominane w tym kontekście wskaźniki – spadek liczby samobójstw w 1981 roku oraz (w tym samym czasie) spadek spożycia alkoholu na głowę mieszkańca. Szczególnie ten ostatni był ewenementem.

  4. Taktyka odcinkowych konfrontacji w największym skrócie zakładała wywoływanie konfliktów ze związkiem w celu ich późniejszego propagandowego zdyskontowania – zob. G. Majchrzak, „Solidarność” na celowniku. Wybrane operacje SB przeciwko związkowi i jego działaczom, Poznań 2016, s. 67–74.

  5. Komunikat o badaniach sondażowych Ośrodka Badania Opinii Publicznej i Studiów Programowych Komitetu ds. Radia i Telewizji Polskie Radio i Telewizja” na temat napięć społecznych i stosunków władza – Solidarność, przeprowadzonych we wrześniu, w październiku i listopadzie 1981 roku, [w:] B. Kopka, G. Majchrzak, Stan wojenny w dokumentach władz PRL (1980–1983), Warszawa 2001, s. 53.

    W tym samym czasie zaufanie do rządu miało wzrosnąć (z 30% do 51%). Jednocześnie – jeśli można wierzyć tym badaniom – Polacy coraz częściej winą za sytuację w kraju oceniali związek (wzrost z 12 do 22%), a rzadziej władze PRL (spadek z 51 do 34%). Tamże.

  6. Zob. M. Kozubal, Młodzi, wykształceni, z kraju bez perspektyw, „Rzeczpospolita”, „Plus Minus” z 12 grudnia 2021 r.

  7. D. Stola, Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949–1989, Warszawa 2010, s. 309.

  8. Tak stanowił art. 12 dekretu o stanie wojennym. Cyt. za: Stan wojenny w Polsce. Dokumenty i materiały archiwalne, Warszawa 2001, s. 27. Tak na marginesie, w art. 11 tego dekretu czytamy: Pobyt stały w strefie nadgranicznej wymaga uprzedniego uzyskania zezwolenia naczelnika, a pobyt czasowy w tej strefie – komendanta miejskiego (kierownika posterunku) Milicji Obywatelskiej, właściwych ze względu na zamierzone miejsce pobytu stałego albo pobytu czasowego osoby udającej się do strefy nadgranicznej. Tamże.

  9. W tym przypadku padają rozbieżne liczby, np. 800 tysięcy czy nawet milion osób. Marek Kozubal w artykule Młodzi, wykształceni, z kraju bez perspektyw cytuje stwierdzenie Dariusza Stoli: Tak zwany kapitał ludzki trudno jest mierzyć, ale jego strata była na pewno olbrzymia. W latach 80. opuściło Polskę między innymi prawie 20 tys. inżynierów oraz blisko 9 tys. nauczycieli i wykładowców akademickich. Zob. M. Kozubal, dz. cyt. 

  10. D. Stola, dz. cyt., s. 309.

  11. Prawdopodobnie najbardziej znanym przykładem „odcinkowych konfrontacji” były wydarzenia z końca października 1981 roku, które miały miejsce na Górnym Śląsku. 27 października 1981 roku przed bramą KWK „Sosnowiec” nieznani sprawcy z przejeżdżającego obok niej samochodu osobowego wyrzucili fiolki z mocno gryzącą, trującą substancją. Mimo że pękła tylko jedna z trzech fiolek, w krótkim czasie 60 osób (głównie górnicy, ale też mieszkańcy okolicznych bloków, w tym dzieci) trafiło do szpitala. W regionie właśnie kończyło się pogotowie strajkowe w związku z planowanym na ten dzień procesem Wojciecha Figla i 7 innych działaczy kopalnianej Solidarności oskarżanych o rzekome popełnienie przestępstw w czasie strajku ostrzegawczego w dniu 7 sierpnia 1981 roku. Sytuację dodatkowo podgrzała plotka, że ową substancją trującą był gaz bojowy, który na dodatek miał zostać wrzucony do szybów wentylacyjnych kopalni. W proteście przeciwko tej oczywistej prowokacji załoga KWK „Sosnowiec” podjęła strajk okupacyjny, który zakończyło dopiero porozumienie z 14 listopada 1981 roku. Tego protestu można było uniknąć, gdyby rządzący zareagowali na zaistniałą sytuację – związkowcy nie tylko złożyli doniesienie do prokuratury, lecz również wystąpili do premiera i I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Wojciech Jaruzelskiego, z żądaniem wyjaśnienia tego incydentu. Nie doczekali się jednak żadnej konkretnej reakcji – władza wolała wykorzystać propagandowo zaistniałą sytuację do ataku na działaczy związku.

  12. Współpraca między wojskową (WSW) a cywilną (SB) bezpieką uległa zacieśnieniu po tym, jak ministrem spraw wewnętrznych został Czesław Kiszczak, który w latach 1957–1981 służył w Wojskowej Służbie Wewnętrznej, a od 1979 roku był szefem tej służby. Po objęciu funkcji ministra Kiszczak powierzył oficerom WSW i Zarządu II Sztabu Generalnego WP ważne stanowiska w kierownictwie resortu spraw wewnętrznych. Jego rządy przy Rakowieckiej pozwoliły również na jeszcze lepszą koordynację działań MON i MSW w ramach przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego. 17 listopada 1981 roku zostało podpisane porozumienie o współpracy między tymi służbami, co zaowocowało wymianą informacji, a także agentury. Na mocy tego porozumienia Służba Bezpieczeństwa miała przekazywać Wojskowej Służbie Wewnętrznej akta personalne tajnych współpracowników powołanych do zawodowej lub zasadniczej służby wojskowej, powołanych na przeszkolenie w Szkołach Podchorążych Rezerwy, przyjętych na studia w wojskowych uczelniach zawodowych, a także zatrudnionych w jednostkach (instytucjach) wojskowych. Szefostwo WSW miało zaś udostępniać SB teczki personalne TW spośród żołnierzy służby zawodowej i zasadniczej oraz pracowników cywilnych zwolnionych do rezerwy lub z pracy w jednostkach (instytucjach) wojskowych (Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, 586/605, t. 7, Porozumienie o współpracy między Służbą Bezpieczeństwa resortu spraw wewnętrznych a szefostwem Wojskowej Służby Wewnętrznej w zakresie wykorzystania tajnych współpracowników, 17 XI 1981 r., k. 30–31).

  13. W plany działaczy Solidarności Aulich został wtajemniczony dzień wcześniej (na polecenie Piniora, będącego wcześniej jego podwładnym), a w dniu wypłaty pieniędzy z banku był nieobecny w pracy. To również on dzień przed transakcją wydał odpowiednie dyspozycje swoim podwładnym.

  14. Na temat przebiegu posiedzenia Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” w dniach 11–12 grudnia 1981 roku i jego atmosfery – zob. B. Kopka, G. Majchrzak, Nie kracz Słowik!, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2003, nr 6, s. 58–64; Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć, że do członków KK dotarła bardzo dokładna informacja o działaniach władz, jak się później okazało, w ramach operacji wprowadzenia stanu wojennego. Zob. G. Majchrzak, Stan wojenny – scenariusz alternatywny, „Debata” 2009, nr 16. s. 11.

  15. Zob. G. Majchrzak, Czwórka od „Tysola”. Funkcjonariusze rozpracowujący „Tygodnik Solidarność” w latach 1981–1984, [w:] Nadzorcy. Ludzie i struktury władzy odpowiedzialni za działania wobec środowisk twórczych, red. S. Ligarski, G. Majchrzak, Warszawa 2017, s. 240–257.

  16. G. Majchrzak, Tajemnice stanu wojennego, Warszawa 2011, s. 18.

  17. Porwania toruńskie miały miejsce w 1984 roku. Najbardziej dramatyczny przebieg dotyczył przypadku Antoniego Mężydły i jego narzeczonej Zofii Jastrzębskiej, z pozorowaniem egzekucji Mężydły. Zob. K. Biernacki, Porwania toruńskie, https://encysol.pl/es/encyklopedia/hasla-rzeczowe/14200,Porwania-torunskie.html [dostęp: 12.12.2021].

  18. Nazwa grupy pochodzi od nazwiska Mariana Charukiewicza, funkcjonariusza wrocławskiej SB, wobec którego w dniu 18 grudnia 1981 roku wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Przyczyną podjęcia takich działań było to, że wiosną 1981 roku oraz po wprowadzeniu stanu wojennego rozpowszechniał wrogą propagandę mającą na celu osłabienie gotowości bojowej i moralnie funkcjonariuszy SB i MO. Jak stwierdzał z kolei w notatce służbowej z 13 kwietnia 1982 roku komendant wojewódzki MO we Wrocławiu ds SB, Charukiewicz był organizatorem i inspiratorem różnego rodzaju nieoficjalnych spotkań wśród pracowników i dyskusji o tematyce prosolidarnościowej, a także prezentował szczególnie negatywną postawę po wprowadzeniu stanu wojennego (Marian Charukiewicz. Dane z katalogu funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/55186 [dostęp: 6 grudnia 2021]. Problem w tym, że Charukiewicz i inni członkowie jego grupy są praktycznie jedynymi, którzy mogą potwierdzić ich współpracę z opozycją. Na ich temat zob. M. Bradke, Opowieść o „dobrych esbekach”, „Dolnośląska Solidarność” 2007, nr 10, s. 11.

  19. K. Kaczorowska, 80 milionów. Historia prawdziwa, Warszawa 2001.

Print Friendly, PDF & Email

30 stycznia 2022