"Pleograf. Historyczno-Filmowy Kwartalnik Filmoteki Narodowej", nr 1/2022

Hybryda gatunkowa po polsku. Historia filmu „Naprawdę wczoraj”



DOI: 10.56351/PLEOGRAF.2022.1.04

Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Wydział Humanistyczny

Instytut Literaturoznawstwa, Katedra Antropologii Literatury i Nowych Mediów

ORCID: 000-0002-7106-8438

WWW: marcelwozniak.com


Beata Tyszkiewicz, Andrzej Łapicki, Naprawdę wczoraj. Autor: Jerzy Troszczyński. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

W roku 1963 na ekrany polskich kin trafia film Naprawdę wczoraj. Dzieło w reżyserii Jana Rybkowskiego, to hybryda gatunkowa, czarno-białe kino modernistyczne, utrzymane w estetyce noir, łączące w sobie elementy kameralnego melodramatu egzystencjalnego i kina sensacyjnego. Wzrok widzów przykuwa plakat filmu, wystylizowany na zachodni romans: Andrzej Łapicki nasuwa skojarzenia z Humphreyem Bogartem, a Beata Tyszkiewicz – z Ingrid Bergman. Po trzech tygodniach film zostanie zdjęty z ekranów i… znika z historii na długie dekady, podobnie, jak znika wkrótce z Polski autor scenariusza, Leopold Tyrmand.

Naprawdę wczoraj to adaptacja jego powieści pt. Siedem dalekich rejsów, przy czym jest dość niezwykłym, że książka ta doczekała się swojej ekranizacji… przed wydaniem. To jeden z licznych utworów Leopolda Tyrmanda – prozatorskich, dramaturgicznych, scenariuszowych – który po 1966 roku został ostatecznie objęty zapisem cenzorskim, działającym aż do roku 1989. Dla Jana Rybkowskiego z kolei, Naprawdę wczoraj, to jeden z serii filmów modernistycznych, jego nowych poszukiwań reżyserskich. W niniejszym artykule chcę przyjrzeć się zarówno związkom biografii scenarzysty z losami filmu Naprawdę wczoraj, formacją twórczą reżysera, jak i analizą historii realizacji tej produkcji, a wreszcie – samym utworem i jego recepcją, jako kina gatunkowego.

Kino polskie lat 50. i 60. XX wieku odzwierciedlało w swych realizacjach przemiany zachodzące w życia kulturalnym, sferze prywatnej, relacjach społecznych, przy czym zdajemy sobie sprawę, że w ustroju komunistycznym – poddane zabiegom cenzorskim – odbicie to nigdy nie mogło być pełne, a nie wszystkie tematy poruszane. Odpowiedzią na te procesy był filmowy modernizm, etap bez wyraźnej cezury czasowej, określany „nowym typem twórczości, ale też nowym typem filmowca – indywidualisty, obdarzonego własnym stylem i odwagą wypowiedzi, niekonformistycznego”[1]. Przemiany polityczne, zachodzące od uchwalenia doktryny socrealizmu i okresu sztuki katakumbowej, przez symboliczną datę śmierci Stalina, aż po słynny referat Chruszczowa z roku 1956 i wydarzenia poznańskie – wszystko to stopniowo procesowało się w obrębie filmowych tematów i realiów filmowych produkcji. Zamknięcie starego, sięgającego jeszcze epoki międzywojnia, etapu w sztuce, dało Szkole Polskiej pole do nowych poszukiwań i nowych wzorców, a powstające od roku 1955 zespoły filmowe zyskały więcej swobody, jednakowoż wciąż temperowanej przez odpowiednie komórki. Następowało stopniowe odchodzenie od dogmatyzmu ideologicznego na rzecz nowych, modernistycznych wzorców.

W rodzimej twórczości drugiej połowy lat pięćdziesiątych możemy więc obserwować napływ filmów stopniowo rozpoznających się i oswajających kolejne komponenty modernistycznego dzieła. Krok po kroku wprowadzają one zwiastuny nowoczesnej poetyki, kierujące ku jednostkowej, subiektywnej perspektywie i wyraźniej zaznaczonej samoświadomej warstwie formalnej[2].

Beata Tyszkiewicz, Jan Rybkowski Naprawdę wczoraj. Autor: Jerzy Troszczyński. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Tło epoki zarysowuję dla uporządkowania treści, ale kluczowa jest odpowiedź na pytanie
o to, jak wobec kanonu polskiego kina tamtej epoki mają się filmy nieobecne, filmy gatunkowe, zapomniane, a takim jest niewątpliwie Naprawdę wczoraj w reżyserii Jana Rybkowskiego. Cytowany tu Miłosz Stelmach powołuje się w tym kontekście na Susan Stanford Friedman, nazywającą ten proces aktem „archeologicznego wydobywania na światło dzienne i tworzenia nowych archiwów”[3]. Niniejszy tekst jest taką właśnie próbą.

Genezy scenariusza filmu Naprawdę wczoraj należy szukać pod koniec lat 40. XX wieku, kiedy – jeszcze jako reporter magazynu „Przekrój” – Tyrmand przemierza Polskę w poszukiwaniu nowych tematów. Pisze teksty o Szklarskiej Porębie, Gdyni, Radomiu. Scalona po wojnie – choć komunistyczna – Polska jest terenem zróżnicowanym, tematów w żadnym wypadku nie brakuje. Szczególnie interesujące są dla dziennikarza Ziemie Odzyskane, których zdobycie propaganda komunistyczna nazywa „powrotem ziem północnych i zachodnich do macierzy”, a ludzie – zmierzając w te nowe rejony Polski – mawiają, że „jadą na Zachód” lub – wyruszając w kierunku południa Polski – napominają o „wyjeździe do Polski”. Wynika to z procesu asymilacji kulturowej, scalenia różnych systemów administracyjnych, infrastruktury, ale i z mentalności. Choć z biegiem lat określenia te zatrą się, historyczna złożoność zagadnienia pozostanie bez zmian. Jednocześnie, Tyrmand eksploruje nowe gatunki sztuki i nowe jej formy. Charakterystycznym dla tamtego czasu jest określenie „literat”, nawiązujące do twórców, którzy nie poprzestawali na jednej dziedzinie sztuki, ale eksplorowali różne jej rejony – jako felietoniści, powieściopisarze, scenarzyści, tekściarze. Dość powiedzieć, że zarówno Tyrmand, jak i Tadeusz Konwicki – który pojawi się w następnym akapicie – są w tamtym czasie również felietonistami sportowymi.

W roku 1948 w powstałej w Łodzi Państwowej Wyższej Szkole Filmowej zorganizowany zostaje kurs filmowy dla pisarzy, prowadzi go Bolesław Lewicki. Zajęcia ukończy między innymi Konwicki, w przyszłości laureat Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji za Ostatni dzień lata. Leopold Tyrmand wychodzi wówczas z propozycją stworzenia scenariusza filmu poświęconego morzu i Ziemiom Odzyskanym. Jest już pełnoprawnym pisarzem, mającym za sobą premierę debiutanckiego tomu opowiadań Hotel Ansgar. Tematyka morska również jest mu bliska z racji pracy na statkach w trakcie drugiej wojny światowej: pływał na jednostkach Kriegsmarine, posługując się fałszywym, francuskim paszportem. Podczas próby ucieczki w jednym z norweskich portów został aresztowany w kapitanacie w roku 1944.

W ten sposób Leopold Tyrmand rozpoczyna pracę nad nie jednym, ale dwoma scenariuszami filmowymi: Kuter „Bał 12.” jest nasz! oraz Spółdzielnia rybacka.

Pierwszy z nich, pisany wspólnie ze Stanisławem Urbanowiczem, zawiera elementy kina noir i melodramatu. Mimo wprowadzania w kolejnych wersjach scenopisu zmian – sugerowanych przez Kierownictwo Zespołu Autorów Filmowych – projekt w roku 1950 jest odrzucony. Uznany bowiem zostaje za promocję kultury burżuazyjnej, niedostatecznie zaangażowaną ideologicznie. Nie do zaakceptowania jest także dla komisji konwencja kina sensacyjnego, wypaczająca – jej zdaniem – należyty realizm.

Wnioskując po charakterze scenopisu i nanoszonych poprawek, gdyby doszło do realizacji, film pozbawiony byłby zapewne charakterystycznego dla Tyrmanda szlifu. Scenariusz bowiem nosił znamiona zamiłowania, tak młodego wówczas jeszcze Tyrmanda, do kina gatunków. Już w roku 1949 sympatyzuje on z konwencjonalnymi rozwiązaniami, tworzy konglomerat gatunków zogniskowany wokół intrygi kryminalnej, łącząc charakterystyczne dla kryminału inspiracje (…) z elementami melodramatycznego romansu czy komediowymi partiami scenariusza[4].

Również Spółdzielnia rybacka spełnia założenia kina gatunku, w tym wypadku sensacji. U Tyrmanda pobrzmiewają inspiracje z dalekiego Hollywood, choćby nawiązujące do Obywatela Kane’a wirujące nagłówki gazet, opisane w czołówce ze scenopisu. Projekt nie doczeka się rozwinięcia. Przyczyn tego stanu rzeczy cytowana Katarzyna Szewczyk upatruje w grze, jaką Tyrmand prowadził z Centralnym Urzędem Kinematograficznym:

Im mniej dopracowany scenariusz, tym więcej etapów [ten projekt, przyp. M.W.] ma szansę przejść, płyną więc z niego także większe korzyści finansowe. Z drugiej jednak strony im bardziej ogólna fabuła, bez niuansów, które mogą być wrogie systemowi, tym większa szansa, iż scenariusz nie odpadnie przy pierwszej weryfikacji CUK-u[5].

We wspomnianych szkicach scenariuszowych u Tyrmanda pobrzmiewa zbyt mocne stanowisko w obronie niezależności kulturowej mieszkańców Ziem Odzyskanych. Zdaniem komisji, zbyt wyrazisty jest obraz tych terenów, jako pogrążonych w chaosie, w przepaści między starą – niemiecką, a nową – polską, komunistyczną rzeczywistością[6].

W efekcie tego, żaden z tych projektów nie jest zrealizowany.

Maszynopis scenariusza Naprawdę wczoraj. Archiwum Biblioteki Narodowej. Fot. M. Woźniak

Ciągoty gatunkowe scenarzysty, tak nowatorskie jak na ówczesne czasy, przez komunistycznych decydentów są nie do zaakceptowania, Tyrmand zaś – co pokazuje jego biografia
z tamtego okresu – na ustępstwa iść nie chce. Dość powiedzieć, że w tym samym okresie, pomiędzy rokiem 1948, a 1953, zostaje wyrzucony z niemal wszystkich redakcji, w których pracował, a na zebraniach Związku Literatów Polskich głosu – z premedytacją – nigdy nie zabiera. Już w latach 40. XX wieku znany z liberalnej postawy Tyrmand pisał teksty w obronie inicjatywy prywatnej, jak Ziutek nie chce spekulować[7], zaś ze Stefanem Kisielewskim i Zbigniewem Najderem założył nieformalną Partię Wariatów Liberałów. W roku 1947 usunięto go z Agencji Prasowo-Informacyjnej za ostentacyjnie klaskanie na powitanie premiera Mikołajczyka podczas turnieju tenisowego w Warszawie. W roku 1950 Marian Eile jest zmuszony usunąć Tyrmanda z kolegium „Przekroju” po jego artykule na temat meczu bokserskiego Polska – ZSRR. Faworyzującego gości sędziego kibice obrzucili butelkami, musiało interweniować wojsko, tymczasem Tyrmand – stały i ceniony korespondent „Przekroju” – pisze, że publiczność zachowała się wzorcowo i fair play. Takie słowa nie mogą ujść uwadze urzędu cenzorskiego. W roku 1953 zaś, gdy po śmierci Stalina „Tygodnik Powszechny” Jerzego Turowicza jako jeden z nielicznych tytułów prasowych odmawia druku nekrologu na pierwszej stronie, całą redakcję – z Tyrmandem włącznie – komuniści wyrzucają na bruk, zastępując ich fasadowym zespołem pod batutą Bolesława Piaseckiego ze Stowarzyszenia „PAX”. Warto też wspomnieć, że jedyna wówczas wydana drukiem publikacja Tyrmanda, Hotel Ansgar z roku 1948, ma na okładce znak Polski Walczącej. Jeśli więc dodać do tego obserwację operacyjną, której Tyrmand jest poddany od roku 1946 oraz brak jego deklaracji jako współpracownika UB, jego zawiłe losy jako autora nie dziwią wcale[8].

Mimo to, w roku 1952, na podstawie scenopisów i notatek, Tyrmand tworzy pierwszą część utworu pod tytułem Siedem dalekich rejsów. Z historii tej, podobnie, jak ze wspomnianych projektów scenariuszowych, wyłania się już poniekąd rys gatunkowy, charakterystyczny dla Tyrmanda, niemożliwy do urzeczywistnienia w dobie socrealizmu i tzw. „produkcyjniaków”.

Kilka lat później, na fali przemian, Tyrmand odnosi sukces. W 1955 roku debiutuje jako scenarzysta noweli Hanka w filmie Trzy starty (reż. Czesław i Ewa Petelscy), a na przełomie 1955 i 1956 w księgarniach rekordy popularności bije jego – kultowa dziś – powieść Zły. To najważniejsza realizacja sztuki gatunkowej Tyrmanda. Ta kultowa dziś książka łączy w sobie noir, komiks, powieść łotrzykowską i gangsterską oraz melodramat i… western, a Tyrmand podnosi w niej tematy przez lata w socrealizmie przemilczane: chuliganerię, przestępczość, półświatek Warszawy.

W tym miejscu wracam do tematu artykułu czyli historii filmu Naprawdę wczoraj. Na fali popularności, mając dobre notowania u – chwilowo – liberalizujących się wydawców, podpisuje Tyrmand umowę na powieść Siedem dalekich rejsów, której druk zostaje ukończony w 1957 roku. Książka zostaje jednak wstrzymana na skutek interwencji cenzury. Uzasadnienie konfiskaty:

W sumie książka daje obraz wywołujący w czytelniku odczucie beznadziejności w dziedzinie ideowej i moralnej. Brak w książce choćby jednej postaci uczciwego patrioty daje odczucie jakoby całe społeczeństwo składało się tylko z takich ludzi jakie pokazuje Tyrmand. Miejscami nawet słuszna krytyka włożona jednak w usta ludzi nieuczciwych, cynicznych i brutalnych, a często wręcz działających na szkodę Partii i państwa, podkreśla jeszcze te intencje autora (s. 91, 93, 108, 109, 167, 173, 235). Wydaje mi się jednak, że mimo moich zastrzeżeń zarówno natury politycznej jak i społeczno-moralnej, książka może się ukazać po dokonaniu poważnych ingerencji. Mimo bowiem jej sensacyjnej maniery zawiera wiele prawd o rozkładzie moralno-ideowym dużej części społeczeństwa[9].

W konsekwencji Siedem dalekich rejsów w komunistycznej Polsce nigdy się nie ukaże, choć na rynkach zachodnich wyjdą przekłady: angielskie Seven Long Voyages z 1959 roku i niemieckie Ein Hotel in Darlowo z 1962 roku. W międzyczasie Tyrmand nie ustaje jednak w próbach zekranizowania swoich utworów. Wcześniej nie udało się ze scenariuszami Duże rzeczy na Ochocie Niebo, ale teraz, jako uznany – w pewnych kręgach, zwłaszcza czytelniczych – twórca, Tyrmand ma dużo bogatszy materiał literacki na filmy. Partyjne kierownictwo urzędu kinematograficznego realizację filmu Zły chce powierzyć Jerzemu Hoffmanowi i Edwardowi Skórzewskiemu. Młodzi reżyserzy właśnie zadebiutowali głośnym dokumentem Uwaga chuligani, w trakcie prac nad którym nawiązali kontakty ze środowiskiem przestępczym, co otworzyło im nieograniczone możliwości przy ekranizacji łotrzykowskiej powieści Tyrmanda. Ford zleca im napisanie adaptacji scenariusza. Operatorem ma być Antoni Staśkiewicz. W roli Złego wystąpić ma Zbigniew Cybulski, a m. in. Alberta Wilgę grać ma Kazimierz Rudzki. Twórcy praktycznie od razu zaczęli tworzyć scenopis, kwestię wyboru lokacji ułatwiał fakt, że ze Złym można byłoby chodzić po Warszawie jak z mapą. Niespodziewanie temat ekranizacji filmu ucina Aleksander Ford, a Zły – mimo wielu zawiłych losów – nie zostanie zekranizowany do dziś. W roku 1963 Tyrmand będzie prowadzić prace nad serialem na podstawie książki, powstanie pierwszy epizod. Niestety, do realizacji serialu nigdy nie dojdzie. A szkoda, bo miałby szansę być pierwszą polską produkcją telewizyjną.

Tyrmand składa jednak kolejne pomysły scenariuszy, także na podstawie swojej kolejnej powieści Filip, ale bez rezultatu. Aprobaty nie zyskuje również adaptacja tej powieści pióra Krzysztofa Teodora Toeplitza pod tytułem Park Hotel. Wreszcie Tyrmand decyduje się połączyć siły z Wojciechem Jerzym Hasem, tworząc na kanwie swojej powieści Siedem dalekich rejsów zarys scenariusza pt. Hotel pod Zamkiem.

Komisji Oceny Scenariuszy projekt zarekomendował szef zespołu ZRF „Syrena”, Jerzy Andrzejewski i istotnie, pomysł Hasa i Tyrmanda staje na obradach 13 stycznia 1959 roku.
Za projektem opowiadają się Konwicki, Andrzejewski oraz (!) Jerzy Putrament[10]. Nazwisko Hasa przekonuje także Andrzeja Brauna, Jerzego Stefana Stawińskiego i Aleksandra Ścibor-Rylskiego. Głosów przeciw jest jednak zdecydowanie więcej. Antoniego Bohdziewicza drażni w piórze Tyrmanda nużąca gadanina. Ludwik Starski oburza się, że taki utwór w ogóle na komisji jest omawiany. Aleksander Ford określa utwór, jako wątły intelektualnie, zaś według Romana Bratnego „ta filozofia płci (między bohaterami – Ewą i Nowakiem, przyp. M.W.) szkodzi filmowi i lepiej byłoby, gdyby autor zrezygnował ze stworzenia traktatu obyczajowego”[11].

Has jest oburzony przebiegiem posiedzenia, Hotel pod Zamkiem jest bowiem jego kolejnym, po Jeziorze bodeńskim na podstawie prozy Stanisława Dygata, projektem, który odrzucono. Podczas posiedzenia nie omieszka wytknąć komisji, że dzieją się na posiedzeniu „jakieś sprawy zakulisowe” oraz deklaruje, że to ostatni projekt, jaki składa. W odpowiedzi na to Antoni Bohdziewicz powie:

Zastosuję tutaj twierdzenie, że absolutnie nic się reżyserowi nie stanie, jeżeli przez pół roku nie będzie robił filmu, jeżeli będzie chodzić po świecie i szukać ogłady. Nawet reżyserzy, którzy coś wnoszą do kinematografii mają długie przerwy pomiędzy jednym a drugim filmem. (…) Tutaj nie ma żadnej tragedii, że Has sobie poczeka, może sobie przez ten czas poszukać czegoś ciekawego. Może właśnie naszym obowiązkiem jest zawrócenie go z drogi, którą sobie obrał.

Ostatecznie, dzięki wstawiennictwu pojawiającego się wielokrotnie w tym artykule Tadeusza Konwickiego, KOS aprobuje projekt filmu autorstwa Tyrmanda i reżysera Jana Rybkowskiego. Ciekawa jest tu ewolucja tytułu projektu. Hotel pod Zamkiem zmienił nazwę na Wczoraj w hotelu, i w tej formie trafia pod obrady KOS-u 15 listopada 1962 roku. Niedługo potem, 26 listopada 1962, Tyrmand i Rybkowski składają poprawiony materiał, zatytułowany Naprawdę wczoraj. Film zostaje skierowany do produkcji.

Dla Jana Rybkowskiego jest to z kolei następny etap na jego nowej, reżyserskiej drodze. W historii polskiego kina Rybkowski zapisze się, jako jeden z największych specjalistów od kina gatunkowego okresu PRL. W latach 50. XX wieku nie brakuje w jego dorobku komedii, utrzymanych w stylistyce kina międzywojennego filmów o panu Anatolu, m.in. Kapelusz pana Anatola z 1957 czy też adaptacji Nikodem Dyzma z 1956. Jego dossier wypełniają także filmy o wymowie dogmatycznej dla socrealizmu, jak Autobus odjeżdża 6.20 z 1954 czy Godziny nadziei z 1955.

Beata Tyszkiewicz, Naprawdę wczoraj. Autor: Jerzy Troszczyński. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Reżyser tworzy również gatunkowe kino wojenne o tematyce rozliczeniowej, jak – nagrodzona wyróżnieniem Radzieckiego Komitetu Obrońców Pokoju na festiwalu w Moskwie – wysokobudżetowa produkcja Dziś w nocy umrze miasto z 1961. Pojawiają się w niej razem na ekranie Andrzej Łapicki i Beata Tyszkiewicz. Już w tym dziele widać nowe poszukiwania Rybkowskiego i inspiracje szkołą włoską. Choć tematem jest wojna, to jest on realizowany poprzez ukazanie losów i Polaków i Niemców, uwikłanych po obu stronach barykady w bezsensowny konflikt. Symbolem tego świata na opak jest nawiązujący do włoskiego neorealizmu motyw cyrkowej zabawy, uwypuklony w sekwencji bombardowania Drezna: nalot rozpocznie się tej samej nocy, kiedy mają miejsce ostatki. Barwny korowód pełen weneckich masek i błaznów zostaje brutalnie przerwany. Karnawalizacja świata nabiera podwójnego znaczenia. Tej nocy, gdy toczy się akcja, świat ten staje na głowie w dwójnasób.

W swoim następnym obrazie, Spotkanie w bajce z 1962 roku, Rybkowski ponownie sięga po Łapickiego. W tym filmie psychologicznym osią fabuły staje się nie wojna, ale współczesność
i aktualne dylematy młodych ludzi, których tożsamość i pytania o nią utknęły w wojennej przeszłości. Te dwie płaszczyzny czasowe dają podstawę do szukania odpowiedzi na pytanie o prawdę – o sobie, o niespełnionej miłości, o wojnie. Grany przez Łapickiego bohater wraca po latach do Sandomierza, by z przeszłością się zmierzyć, jednak – ostatecznie – wyjeżdża stąd wkrótce bez uzyskania odpowiedzi. Inaczej dzieje się ze spotkanym przez niego chirurgiem, granym przez Holoubka. On ze spotkania w Kawiarni „Bajka” wychodzi z poczuciem nadziei. Kolejne produkcje pokażą, że dla Rybkowskiego modernizm był tylko incydentalny. W 1966 roku nakręci oryginalny narracyjnie Sposób bycia, ponownie z Łapickim w roli głównej. Gdy Rybkowski powróci do kina wojennego, premiera filmu Kiedy miłość była zbrodnią – przypadająca na marzec 1968 roku – okryta zostanie skandalem, w efekcie którego Zespół Filmowy „Rytm” zostanie zlikwidowany. Później Rybkowski na warsztat weźmie także dzieła historyczne, jak ekranizację Chłopów czy Dulskich. Karierę reżyserską zakończy powrotem do gatunku komediowego realizacją serialu Kariera Nikodema Dyzmy z Romanem Wilhelmim.

Być może właśnie te poszukiwania doprowadzają na początku lat 60. XX wieku do połączenia dróg filmowych dwóch – pozornie tak odmiennych – twórców. Po stronie reżysera stoi świetne rzemiosło, filmografia ideologicznie zaangażowana i nieustanne poszukiwania w obrębie kina gatunkowego. Po stronie scenarzysty – solidna materia literacka i również umiłowanie sensacji, kryminału czy melodramatu w wydaniu hollywoodzkim.

Wiosną roku 1963 magazyn „Film” donosi, że ekipa filmu Jana Rybkowskiego przebywać będzie na zdjęciach do końca maja w mieście Darłowo. Radość z przystąpienia do prac filmem jest nie do opisania. Jak będą po latach wspominać darłowiacy, w przerwie między zdjęciami Leopold Tyrmand relaksuje się na plaży, skacząc po wbitych w nabrzeże palach[12]. Dla Andrzeja Łapickiego plan filmowy jest jak wakacje, z kolei młode darłowianki wyrywają się wieczorami z domu, żeby podpatrywać ekipę[13], która tzw. camp organizuje w lokalnej szkole, gdzie mieszkańcy zaopatrują filmowców w kanapki. Budżet Naprawdę wczoraj jest skromny. Będzie to później widać w gotowym dziele: obiektywy są często za wąskie i bohaterowie nie mieszczą się w kadrze. Kiedy indziej można zauważyć drastyczne różnice w ujęciach, gdy wykorzystywane jest naturalne oświetlenie. Kręcone jednego dnia ujęcia różnią się między sobą do tego stopnia, że ostatnie dwie sceny filmu są niemal nieemisyjne.

Premiera filmu ma miejsce 8 listopada 1963 roku. Obraz ilustruje jazzowa ścieżka dźwiękowa autorstwa Gunthera Schullera, która – co ważne – otrzyma nagrodę za najlepszy soundtrack na San Francisco Film Festival w roku 1964.

Rybkowski z Tyrmandem eksperymentują w duchu modernizmu, który zakłada ekspresyjne środki wyrazu. Zmagają się przede wszystkim z konstrukcją czasu i miejsca. Formuła filmu, to dwa interwały i dwie lokalizacje: Darłowo wczoraj i Warszawa dziś. Oba światy montowane są odważnie, a napięcie pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością głównego bohatera budowane jest wraz z postępem akcji. Nie brakuje w filmie nie tylko przeskoków czasowych, ale także zabawy narracją. Nie jesteśmy pewni czy scena otwierająca film nie jest sceną go kończącą: oto bowiem obserwujemy na ekranie Nowaka, który z kolei w małym telewizorze obserwuje na ekranie Ewę. Bohaterka wypowiada słowa, które równie dobrze mogą zakończyć, co i otwierać. Kolejność zdarzeń zatacza więc w filmie koło, nadając utworowi hiperboliczną wymowę na temat cykliczności ludzkich poszukiwań i ludzkich błędów, na temat tego, co „naprawdę wydarzyło się wczoraj”, a co z tego jest dzisiejszą repetycją przeszłości.

Oś fabularną filmu budują losy Ronalda Jana Nowaka, który przybywa do Darłowa w następującym celu: zamierza wykopać ukryty tam skarb, a następnie uciec z nim na Zachód dzięki współpracy z miejscowym szyprem, Leterem, który ukryje go pod pokładem łodzi. W filmie pobrzmiewają sensacyjne wątki, jakie Tyrmand wplatał w scenariusze Kuter „Bał.12” jest nasz! czy Spółdzielnia rybacka. Mamy intrygę kryminalną, przemytników, kontrabandę, tematykę marynistyczną. Wątek sensacyjny przeplata się z romansem: już od pierwszych scen w historii pojawia się kobieta, Ewa Kniaziołęcka. Warszawska konserwatorka sztuki przyjeżdża do Darłowa z powodu walorów historycznych miasta. Zamknięta przestrzeń oddalonego od cywilizacji miasta, jego senna i kameralna atmosfera, są sprawnie fotografowane przez Mieczysława Jahodę. Doświadczony Jan Rybkowski sprawia, że relacja przypadkowo spotkanej dwójki nabiera na ekranie wymiaru przypowieści o sprawach wielkiej wagi, zamkniętych w sprawach pozornie błahych. Oboje, Ronald i Ewa, dzięki ucieczce od dotychczasowego życia na ten margines – w sensie geograficznym i mentalnym – tworzą wspólną płaszczyznę porozumienia, na której roztrząsają sprawy małe i duże, grając z teatralną manierą i charakterystycznym dla wczesnego Hollywood melodramatycznym przekąsem. W ten sposób powstaje dzieło o niemożności wyrwania się z własnych ograniczeń. To nie w wielkiej Warszawie, ale w małym Darłowie obcy sobie ludzie są w stanie wyspowiadać się ze swoich największych obaw i lęków. Kiedy wyjadą z Darłowa, trafią znowu do swojego prawdziwego, poprzedniego życia, tak jak powraca się na jawę po wybudzeniu ze snu. Finał retrospekcji jest gorzki: ucieczka nie powiodła się przez niespełnioną miłość.

W tle opowieści o romansie i skarbie rozgrywa się wątek społeczno-historyczny, którego bohaterami są mieszkańcy miasteczka. Zmagają się z trudnościami, jakie władza komunistyczna stawia przed prywatnymi restauratorami. Niestety, miłe dla ucha nazwiska bohaterów – jak Krztynka – nie uratują prywatnych przedsiębiorstw przed bezlitosną ręką systemu.

Ważną rolę odgrywa również Kapitan Stołyp, grany przez Gustawa Holoubka szef kapitanatu w Darłowie. Tyrmand wyposażył go w skomplikowaną historię – pracujący obecnie na rzecz władz żeglarz ma niejasną, wojenną przeszłość. Związany z lokalną społecznością, wie jednocześnie, jakie skutki niesie tępienie inicjatywy prywatnej. Stołyp, podobnie, jak Nowak, ma w sobie pewien romantyzm, zamiłowanie do rzeczy ulotnych i symbolicznych, do gestów, półcieni, smaków. Bohaterowie są swoimi lustrzanymi odbiciami, stojącymi po dwóch stronach ramy.

W stolicy, na zamkniętych spotkaniach dla wyższych sfer, Nowak próbuje wywalczyć kawałek niezależności. Bohater wyraźnie dusi się w pomieszczeniach hoteli i ambasad, świat, do którego przynależy, zdaje się być metaforą całego bytu, który w granicach Polski Ludowej uwiera mu jak kamyk w bucie. Jego poczucie indywidualności cierpi. Ukojenia – po zawodzie miłosnym i nieudanej próbie ucieczki – szuka w detalach, choćby w prawdziwym smaku ulubionego trunku, który podsuwa mu elegancki barman – w tej skromnej rólce błyszczy Jan Kobuszewski. Nadzieję Nowakowi daje ponowne spotkanie z Ewą. W marmurowych korytarzach i eleganckich ubraniach zupełnie nie przypominają tych wersji siebie, jakie zapamiętali z Darłowa.

Ostateczne zbliżenie okazuje się niemożliwe. Krótkie chwile szczęścia i zapomnienia, tak oczywiste, kiedy było się młodszym, w dorosłym życiu okazują się tylko chwilową pożyczką zaciągniętą od życia. Gdy przychodzi moment spłaty, bohaterowie muszą wrócić do rzeczywistości, w której płynie ich prawdziwe życie. Wydaje się już, że w Naprawdę wczoraj przegrani będą wszyscy: ci, co kochają, ci, co uciekają, ci, co chcą żyć na Ziemiach Odzyskanych i ci, co walczą o niezależność w wielkim mieście. Spełnienie wydaje się niemożliwe. Nadzieję dają jednak ostatnie sceny, które łączą się klamrowo ze sceną otwierającą. W sekwencji ekspozycyjnej Nowak obserwował Ewę na ekranie telewizora, gdy ta mówiła, że być może wybierze się wkrótce „nad polskie morze”. Z kolei pod koniec filmu, Nowak po raz kolejny Ewę zaprasza do Darłowa, ponieważ sam wybiera się tam na wieczorek literacki. I choć na koniec bohaterowie rozstają się, nadzieję daje jednak zachowana w pamięci scena otwierająca: być może jest to jednocześnie scena finałowa? Czy bohaterowie dadzą sobie jeszcze jedną szansę? Czy Nowak wyjechał do Darłowa, wiedząc, że Ewa się tam wybiera, a może oboje wybierają się tam teraz po raz kolejny? Zakończenie – niczym w romantycznym melodramacie – pozostaje otwarte.

Jak na film reaguje prasa? Przede wszystkim, do gry ponownie wkracza Aleksander Ford. Na nic zdaje się wstawiennictwo Konwickiego. Krytycy dostają nakaz, aby z każdej recenzji dobitnie wynikało, że Tyrmand, niemalże przystawiając twórcom pistolet do skroni, zmusił aktorów, reżysera i operatora do nakręcenia „najbardziej chałowatego filmu od czasów Mieszka i Dobrawy”[14], i to w celu ideologicznego nadużycia.

Jan Alfred Szczepański w „Kulturze” nazywa treść filmu „pustą i dętą”:

Powstał jeszcze jeden produkt tej tendencji polskiego filmu, którą reprezentują “Niewinni czarodzieje”, a najlepiej “Do widzenia do jutra”. Niby delikatna ironia, niby cienki pastisz, a w rzeczy samej, ofiara złożona na ołtarzu snobizmu, jego polskiej odmiany[15].

Szczepański broni przy tym Rybkowskiego, twórcę w końcu „zaangażowanego, walczącego o sztukę socjalistyczną”. Trudno natomiast sobie wyobrazić, by w „Kulturze” w roku 1963 ktoś doceniał trud oddania specyfiki kulturowej Ziem Odzyskanych – i związanego choćby z nimi króla Eryka i jego „skarbu” – czy też wątków dotyczących ucieczki z kraju czy nieszczęścia prywatnych przedsiębiorców.

Z kolei „Argumenty” słowami recenzenta kryjącego się pod pseudonimem Hiv, donoszą:

Otóż Naprawdę wczoraj udaje, że nie jest melodramatem. Służą temu dowcipne riposty i sentencje mające świadczyć o tym, że bohaterzy nie są frajerami i znają życie od podszewki. Służy temu styl gry – dodajmy, świetnej w przypadku Łapickiego, Holoubka, Fogla, a przede wszystkim Beaty Tyszkiewicz, której kariera aktorki z prawdziwego zdarzenia zaczyna się, moim zdaniem od tego filmu – styl gry podkreślający ów dystans i swoiste intelektualne cwaniactwo. Ale wszystko to jest udawaniem, bo nie jest w stanie zmienić faktu, że Naprawdę wczoraj, to zwykły i banalny melodramat, w którym Łapicki gra rolę współczesnego, polskiego Retta Butlera, tzn. takiego faceta, w którym mają się kochać współczesne polskie pensjonarki[16].

Nieco bardziej wyważona jest opinia Andrzeja Tylczyńskiego:

(…) film Naprawdę wczoraj jest jedną z ciekawszych propozycji w zakresie naszego filmu psychologicznego. To, że tak się dzieje, to przede wszystkim zasługa klimatu, który, stworzony przez reżysera, podchwycony został doskonale przez znakomity zespół aktorski i utrzymany w jednakowym tonie od pierwszych do ostatnich scen. (…) Scenariusz Tyrmanda był przede wszystkim bardzo interesującą propozycją aktorską. Autor zbudował tu kilka ciekawych ról, a może trochę zabrakło w jego dziele akcji, co sprawia, że miejscami tak wytrawnemu reżyserowi, jak Rybkowski nie udało się utrzymać tempa[17].

Choć publiczności film z miejsca przypadł do gustu, a same afisze – utrzymane w klimacie amerykańskich sensacji – przykuwają wzrok, Aleksander Ford osiąga swój cel. Wkrótce po premierze film wycofany zostaje z kin i wkrótce już nie jest wiadomo czy Naprawdę wczoraj naprawdę nakręcono. Przeleży na półkach archiwów trzydzieści kolejnych lat, podobnie, jak ocenzurowane maszynopisy Leopolda Tyrmanda, który w roku 1965 ostatecznie wyjeżdża z Polski, by już nigdy do niej nie wrócić.

Andrzej Łapicki, Jan Kobuszewski, Naprawdę wczoraj. Autor: Jerzy Troszczyński. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Film Naprawdę wczoraj należy określić, jako hybrydę gatunkową. Pobrzmiewają w nim zarówno echa melodramatu egzystencjalnego, wątek romansowy rodem z filmów noir, jak i sensacja rodem z hollywoodzkiego kina gatunków kryminał/sensacja. Tematem głównie tu sygnalizowanym jest utrata i tożsamość człowieka wobec upływającego czasu, ale nie brakuje też tu dotykania zjawisk szerszych: w przeszłość odchodzą nie tylko wspomnienia, ale także detale składające się na tożsamość Nowaka. Tyrmand sygnalizuje, że odchodzi stary świat ukryty w detalach, ustępując miejsca wszechogarniającej bylejakości, czego symbolem są rozmowy o poziomie dostępnego alkoholu. Pożądany przez Nowaka armagnac wkrótce będzie wspomnieniem i nikt już nie będzie go potrafił odróżnić od zwykłej wódki, podobnie, jak państwowej pijalni piwa od karczmy z duszą. Wybrzmiewa w filmie także temat tożsamości kulturowej ludzi Ziem Odzyskanych, tożsamości pokolenia powojennego, a przede wszystkim – tożsamości ludzi młodych, zmagających się z egzystencją. To te same echo, co w zachodnich dziełach włoskiego neorealizmu, u francuskich nowofalowców i brytyjskich Młodych Gniewnych. W warstwie formalnej eksperymenty charakterystyczne dla późnego modernizmu ograniczają się przede wszystkim do zabiegów narracyjnych, zaburzania płaszczyzn czasowych, zabawy montażem.

Warto przy tej okazji na koniec zasygnalizować dwa zjawiska. Po pierwsze, biografia Tyrmanda pokazuje, jak wyglądała walka o niezależność twórczą w minionych dekadach komunizmu. Zmagania Tyrmanda z wydawcami, cenzorami czy komisjami eksperckimi do dziś czekają w archiwach na wnikliwą analizę. Po drugie, poza badawczym wskrzeszaniem dyskusji o zapomnianych filmach, występują także zjawiska pozanaukowe, świadczące o aktualności i popularności filmu.

Otóż od grudnia 2020 roku w Darłowie stoi pomnik Leopolda Tyrmanda, jedyny na świecie. Miejscowy, Darłowski Ośrodek Kultury, nosi imię pisarza, a lokalni animatorzy stworzyli na początku 2022 roku literacko-filmowy szlak śladami tyrmandowskich bohaterów. Składa się na niego osiem rzeźb, między innymi kadr z otwierającej film sceny, gdzie młody chłopiec ciągnie wózek z bagażami, rekwizyt – butelka armagnacu, którą u dobijanego przez komunistów prywatnego restauratora otrzymuje Nowak czy też miniatura statku “Ragne”, którym bohater miał uciec do Danii i wreszcie, miniaturowi, ale bardzo realistycznie oddani, Beata Tyszkiewicz i Andrzej Łapicki, wprost wyjęci z kadru. Aktywności te nie wynikają jedynie z powodów koniunkturalnych. Dla miejscowych, ludzi, których od lat karmi morze, dla ludzi pamiętających dawne czasy, Siedem dalekich rejsów oraz Naprawdę wczoraj są jednymi z nielicznych utworów, w których ktoś zajął się ich sprawą, sprawą ludzi z Ziem Odzyskanych.

Miniaturowi Beata Tyszkiewicz i Andrzej Łapicki. Fot. M. Woźniak

Afekt lokalnej społeczności pokazuje, że Naprawdę wczoraj mogłoby być dziś uznane również za kino społecznie zaangażowane. Ale – co ważne – zaangażowane wbrew dogmatom przyjętym w tamtej epoce za jedyne właściwe.

Umieszczenie akcji w specyficznie pomorskim, portowo-rybackim miasteczku pozwoliło na pokazanie złożoności postaw zwyczajnych ludzi w zderzeniu z dojmującym na terenie ziem odzyskanych szabrownictwem i trudnościami w akceptacji nowych politycznych porządków[18].

Jak zauważa lokalny historyk, Tyrmand właśnie tam, na tamtych ziemiach, już pod koniec lat 40. XX wieku odnalazł ślady walki o normalność i nie zapomniał o nich nigdy. Ludzie morza są za to Tyrmandowi wdzięczni do dziś.

Naprawdę wczoraj dla niektórych się zestarzało, badaczom przypomina jednak o specyficznej realizacji filmu z pograniczu gatunków – kina psychologicznego, melodramatu, kina sensacyjnego – oraz o poszukiwaniach, jakie prowadzili wówczas polscy twórcy, nawet tak różni od siebie, jak Rybkowski i Tyrmand. Słusznie zauważa Friedman, mówiąc o archeologicznym wydobywaniu na światło dzienne, bowiem historię polskiego kina stanowią nie tylko dzieła kanoniczne, ale również takie, jak Naprawdę wczoraj – zapomniane. Czy niedocenione? Nie jest to z pewnością najlepszy film w dorobku Rybkowskiego, jednak historia ewolucji projektu scenariusza, jak również walka o rys gatunkowy, podejmowana na przestrzeni lat przez Leopolda Tyrmanda, budzą uznanie. Niniejszy artykuł jest również apelem o kino niebyłe, o filmy, których życie tak naprawdę nie powinno się zbyt szybko kończyć. “Ani wczoraj, ani dziś” – jak brzmiałaby puenta w dobrym melodramacie.

  1. M. Stelmach, Przeczucie końca. Modernizm, późność i polskie kino, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2020, s. 133.

  2. Tamże, s. 141.

  3. S. S. Friedman, Planetary Modernisms: Provocations on Modernity Across Time, Columbia University Press, New York 2015, s. 76, za: M. Stelmach, dz. cyt., s. 151.

  4. K. Szewczyk, Filmowy dorobek Tyrmanda, [w:] U brzegów Leopolda Tyrmanda, red. M. Górka, Wydawnictwo Politechniki Koszalińskiej, Koszalin 2015, s. 66-67.

  5. Tamże, s. 76.

  6. Tamże, s 77.

  7. Zob. L. Tyrmand, Ziutek nie chce spekulować, „Przekrój” 1947, nr 11, s. 16.

  8. Zob. M. Woźniak, Tyrmand. Pisarz o białych oczach, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020.

  9. Archiwum Akt Nowych, sygn. 294. Cyt za: D.Pachocki, Sztuka dyplomacji. Giedroyc i Tyrmand spierają się o „Życie towarzyskie i uczuciowe”, „Litteraria Copernicana” 2020, nr 4 (36), s. 67.

  10. Na co wpływ mogły mieć osobiste relacje z Tyrmandem, który, mimo oczywistych różnic ideologicznych, pomógł niegdyś żonie Putramenta, gdy ktoś próbował się włamać do jej mieszkania w środku nocy. Zob. M. Woźniak, dz. cyt., s. 265.

  11. Protokoły posiedzeń komisji zanalizowała pracowniczka Filmoteki Narodowej, Agnieszka Polanowska, na swoim blogu: A. Polanowska, Dwa niedokończone rejsy, czyli Tyrmand (nie) na ekranie, https://zebynieprzepadlo.blogspot.com/2020/05/dwa-niedokonczone-rejsy-czyli-tyrmand.html, [dostęp: 5.03.2022].

  12. Rozmowa własna z mieszkańcami podczas Festiwalu „Media i Sztuka w Darłowie 5 lipca 2019.

  13. Zob. M. Woźniak, dz. cyt., s. 286.

  14. Tamże, s. 287.

  15. J. A. Szczepański, Ani wczoraj ani dzisiaj, „Kultura” 1963, nr 23, s. 9.

  16. Pseud. „Hiv”, Film dla Małgosi, „Argumenty” 1963, nr 48, s. 12.

  17. A. Tylczyński, Wspomnienia i teraźniejszość, „Tygodnik Demokratyczny” 1963, nr 45, s. 8.

  18. J. Nekanda-Trepka, Darłowskie klimaty, [w:] Nasze krajobrazy 2, Darłowo 2010, s. 95-96.


Marcel Woźniak (1984) – pisarz i scenarzysta. Autor książek non fiction Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie (2016, Wydawnictwo MG) oraz Tyrmand. Pisarz o białych oczach (2020, Wydawnictwo Marginesy). Twórca kryminałów Powtórka (2017), Mgnienie (2017) i Otchłań (2018, Wydawnictwo Poznańskie), a także licznych opowiadań. Związany z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Streszczenie:

Artykuł skupia się na historii produkcji filmu Naprawdę wczoraj (1963, scen. Leopold Tyrmand, reż. Jan Rybkowski). Autor przedstawia ten utwór, jako realizację kina gatunkowego.

Summary:

The article focuses on the Yesterday in fact (1963, script by Leopold Tyrmand, directed by Jan Rybkowski) movie development. The author presents this work as an implementation of genre cinema.

Bibliografia:

Janusz Nekanda-Trepka, Darłowskie klimaty, [w:] Nasze krajobrazy 2, Darłowo 2010.

Dariusz Pachocki, Sztuka dyplomacji. Giedroyc i Tyrmand spierają się o „Życie towarzyskie
i uczuciowe”
, „Litteraria Copernicana” 2020, nr 4 (36).

Agnieszka Polanowska, Dwa niedokończone rejsy, czyli Tyrmand (nie) na ekranie, https://zebynieprzepadlo.blogspot.com/2020/05/dwa-niedokonczone-rejsy-czyli-tyrmand.html, [dostęp: 5.03.2022].

Pseud. „Hiv”, Film dla Małgosi, „Argumenty” 1963, nr 48.

Miłosz Stelmach, Przeczucie końca. Modernizm, późność i polskie kino, Toruń 2020.

Jan Alfred Szczepański, Ani wczoraj ani dzisiaj, „Kultura” 1963, nr 23.

Katarzyna Szewczyk, Filmowy dorobek Tyrmanda, [w:] U brzegów Leopolda Tyrmanda, red. M. Górka, Koszalin 2015.

Andrzej Tylczyński, Wspomnienia i teraźniejszość, „Tygodnik Demokratyczny” 1963, nr 45.

Leopold Tyrmand, Ziutek nie chce spekulować, „Przekrój” 1947, nr 11.

Marcel Woźniak, Tyrmand. Pisarz o białych oczach, Warszawa 2020.

Print Friendly, PDF & Email

1 kwietnia 2022