"Pleograf. Historyczno-Filmowy Kwartalnik Filmoteki Narodowej", nr 1/2022

Czas ołowiu. Westernowa historia Armii Krajowej



DOI: 10.56351/PLEOGRAF.2022.1.02

Znów wspominamy ten podły czas,

Porę burz.

Za dzień, za dwa,

Za noc, za trzy,

Choć nie dziś,

Za noc, za dzień,

Doczekasz się,

Wstanie świt.

Agnieszka Osiecka, Nim wstanie dzień

Maciek Chełmicki. Grafika: Piotr Korczyński. Prawa: Piotr Korczyński.

W ciemnym pokoju mężczyzna czeka na dziewczynę – barmankę, z którą przed momentem romansował w hotelowym barze. Z pistoletu wyciąga magazynek i ładuje doń naboje; widać od razu, że ma wprawę rewolwerowca… Istotnie, to rewolwerowiec: egzekutor z Armii Krajowej – Maciek Chełmicki. Spójrzmy na historię akowców z filmowej, a szczególnie – westernowej perspektywy.

Sowieci wkroczyli do Ostrowca Świętokrzyskiego w mroźny wtorek, 16 stycznia 1945 roku. W tłumie mieszkańców witających czerwonoarmistów stał plutonowy Stanisław Kosicki „Bohun”. Mimo że miał dopiero siedemnaście lat, był już doświadczonym żołnierzem podziemia, odznaczonym rok wcześniej za dokonania bojowe Krzyżem Walecznych. Z takich jak on „pistoletów” dowództwo AK utworzyło w Ostrowcu policję porządkową, by po zajęciu miasta przez Sowietów starać się zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo. Nagle podszedł do niego kolega i szepnął, że wzywa go dowódca. Pobiegli obaj do remizy strażackiej, gdzie mieścił się ich sztab. Na miejscu dowiedział się, że w kamienicy przy ulicy Bałtowskiej trwa napad rabunkowy. „Bohun” dobrał sobie dwóch ludzi – „Foga” i „Gryfa”, których wysłał przodem na rozpoznanie. Kiedy znalazł się na Bałtowskiej, jego wywiadowcy wskazali mu parterowy dom. Kosicki znał jego właścicieli – należał do rodziców kolegów z oddziału, braci Kaczmarków. „Gryf” podał „Bohunowi” pistolet – Visa, którego odebrał stojącemu na bandyckiej czujce chłopakowi. Akowscy policjanci, zgodnie z rozkazem dowództwa byli nieuzbrojeni, więc zdobyczny pistolet pozwolił im na minimalne wyrównanie szans z niewątpliwie uzbrojonymi bandytami. Kosicki sam podszedł do tylnego wejścia kamienicy. Był w tym domu częstym gościem i pamiętał jego układ. Zapukał do drzwi Kaczmarków. Otworzyła Genia, dwunastoletnia córka gospodarzy. „Bohun” zauważył stojącego w głębi człowieka, mignęła mu także sylwetka pani Kaczmarkowej. Wkroczył do mieszkania i wymierzył Visa prosto w rabusia. Był to niższy od niego, ciemny blondyn z kilkudniowym zarostem. „W prawej, uniesionej ku twarzy dłoni – wspominał Kosicki – trzyma palącego się skręta. Odwraca twarz w moją stronę. Rzuca peta pod siebie, właściwie puszcza go z palców, a uwolnioną ręką sięga prędko pod lewą pachę, skąd wyrywa pistolet. Jak na klatkach zwolnionego filmu, jego ręka z bronią zatacza łuk. Lufę kieruje we mnie. Broń błyska raz i drugi. Ku mnie. Wtedy i ja ciągnę za spust. Huki obu pistoletów zlewają się w jeden. Oddaję trzy strzały i odskakuję na ścianę, w korytarz. Widzę jeszcze, jak mój przeciwnik chwieje się i wali do przodu, na podłogę. Pchnięciem zatrzaskuję drzwi. Wewnątrz strzały i przeraźliwy krzyk dziecka”[1]. Bandyta mimo że był ciężko ranny, strzelał nadal, na szczęście nie ranił dziewczynki, nim skończyła mu się amunicja. Umarł kilka godzin później na stole chirurgicznym w szpitalu. W tym momencie rozpoczął się dramat „Bohuna”, który zaważył na całym jego życiu.

W tym pistoletowym pojedynku ranił śmiertelnie nie byle kogo, lecz kapitana Jana Foremniaka „Janka” z Armii Ludowej, który na dzień przed objęciem funkcji wojewody kieleckiego, postanowił obrabować bogatą rodzinę Kaczmarków! Bandyta był też przyjacielem samego Mieczysława Moczara, wszechwładnego szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Kosicki z „szeryfa” momentalnie zmienił się w banitę – człowieka wyjętego spod prawa i ściganego przez czerwonych „łowców głów”. Niczym Billy Kid, został też unieśmiertelniony w dziele literackim. To w oparciu o jego historię Jerzy Andrzejewski napisał Popiół i diament, a Stanisława Kosickiego zmienił w Maćka Chełmickiego[2]. Komunistyczni zleceniodawcy pisarza nie przewidzieli tylko, że Andrzej Wajda – młody reżyser, który podjął się sfilmowania powieści, tak poprzestawia akcenty w scenariuszu, że po jego premierze w 1958 roku niemal wszyscy młodzi Polacy zaczną utożsamiać się z akowskim egzekutorem, wykonującym swe ostatnie zadanie i umierającym na „śmietniku historii”…

Rewolwerowcy z AK

Młodzi ludzie utożsamiali się z Maćkiem, tym bardziej, że grający go Zbigniew Cybulski w swych ciemnych okularach i amerykańskiej kurtce z demobilu, nie tyle przypominał akowca z czasów wojny, ile beatnika z warszawskich czy krakowskich ulic, a przede wszystkim bohaterów amerykańskich filmów, które po odwilży politycznej 1956 roku zaczęły być wyświetlane w polskich kinach i klubach dyskusyjnych. Cybulskiego okrzyknięto polskim Jamesem Deanem, sławnym zwłaszcza z ról w Buntowniku bez powodu (1955) i Olbrzymie (1956). Okazało się również, że Popiół i diament opowiada historię uniwersalną, zrozumiałą i czytelną dla kinomanów na całym świecie – od Paryża poprzez Nowy Jork, po Tokio. Polski film tak poruszył młodych filmowców, że zaczęli się nim inspirować, o czym do dziś wspominają Martin Scorsese i Francis Ford Coppola[3]. Jak to się stało, że Andrzejowi Wajdzie, jak rzadko któremu z polskich twórców, udało się trafić w gusta masowego, międzynarodowego odbiorcy? Wiele wskazuje na to, że widzowie traktowali Popiół i diament, jako szczytowe osiągnięcie kina gatunkowego – film wojenny, sensacyjny, czy western właśnie[4].

Zbigniew Dobrzyński, Jerzy Przybylski, Zdzisław Maklakiewicz, Ryszard Pietruski, Gustaw Holoubek, Wiesław Gołas, Prawo i pięść. Autor: Jan Ossowski. Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Oto do powiatowego miasta, którego mieszkańcy fetują koniec wojny i starają się ułożyć od nowa życie, przybywają „rewolwerowcy”, by wykonać zlecone im zabójstwo. Zabijają nie tego, kogo mieli zlikwidować i w hotelowym barze, pośród bawiących się i pijących ludzi nie tylko układają nowy plan działania, ale i wspominają dopiero co zakończoną wojnę. Młodszy – Maciek – zaczyna romans z barmanką, mając tym samym szansę na wyrwanie się z zaklętego kręgu wojny; ostatecznie jednak pozostaje wierny przysiędze – wykonuje egzekucję i ginie. Zarówno on, jak i Andrzej (również znakomity Adam Pawlikowski) podobni są do roninów z Siedmiu samurajów (1954) Akiry Kurosawy, czy rewolwerowców z Siedmiu wspaniałych (1960) Johna Sturgesa, którzy jako ludzie wojennego rzemiosła – doskonale wyszkoleni w walce – uświadamiają sobie, że wraz z końcem wojny stają się ludźmi zbędnymi. Instynktownie pragną spokojnego życia, lecz jednocześnie czują, że to wbrew ich naturze… Dramaty tych ludzi, niczym szekspirowskich bohaterów, stały się ponadczasowe i zrozumiałe na całym świecie – niezależnie od czasu i uwarunkowań polityczno-kulturowych, w jakich się rozgrywają.

Andrzej i Maciek są zawodowcami, niejednokrotnie zaglądali śmierci w oczy i wiedzą, że nie da się jej oswoić, że za każdym razem będą się borykać ze strachem przed nią… Przywołajmy fragment rozmowy obu akowców z kultowej sceny z płonącymi kieliszkami spirytusu na barze. Maciek do swego dowódcy:

„ – A jednak to były czasy, Andrzej…

– Myślisz?

– Oj, jak się żyło i w jakiej kompanii! Było kiedy tylu fajnych chłopców i dziewcząt, co?

– Co z tego? Wszyscy prawie zginęli.

– To inna sprawa, ale życie było fajne.

– Myśmy byli inni.

– Młodsi.

– Nie tylko. Wiedzieliśmy, czego chcemy.

– Powiedzmy…

– Wiedzieliśmy, czego od nas chcą.

– Odkryłeś! To jasne. A czegóż oni mogli innego chcieć? Żebyśmy ginęli. I teraz chcą to samo! W porządku, stać nas na to.

– Nie zgrywaj się. Ginąć to żadna sztuka.

– Zależy jak.

– Tylko to potrafimy.

– Mało?

– Beznadziejnie mało”[5].

„Beznadziejnie mało”… Całkiem podobnie myślą bohaterowie Siedmiu samurajów czy Siedmiu wspaniałych, zdając sobie sprawę, że w ich wypadku nie ma odwrotu i szans na zmianę, nawet dzięki miłości. Wszak Maciek mimo swych rozterek, uczucia do dziewczyny, buntu i strachu, ostatecznie wykonuje zadanie i ginie. „Ginąć to żadna sztuka” – mówi Andrzej. Maciek odpowiada: „Zależy jak”. Otóż to. Bardzo to romantyczne, ale i profesjonalne z punktu widzenia żołnierza, samuraja czy rewolwerowca. Zadanie należało wykonać, przeżyć, ale jeśli przyjdzie ostateczna okoliczność – trzeba pogodzić się ze śmiercią – żołnierska to rzecz, którą dziś dobitnie i na nowo uświadamia nam wojna w Ukrainie[6]

Akira Kurosawa otwarcie przyznawał się do fascynacji zarówno Szekspirem, jak i westernem (zwłaszcza Johna Forda) w swych samurajskich filmach. Jednocześnie arcydzieła Kurosawy – prócz Siedmiu samurajów choćby Straż przyboczna (1961) – stały się natchnieniem nie tylko dla amerykańskich, ale i europejskich twórców westernu, by przywołać tu Sergia Leone i Sergia Corbucciego[7]. A w Japonii w dziełach mistrza dostrzeżono jeszcze jedną inspirację. Koihi Yamada, znany japoński aktor, tak charakteryzował Siedmiu samurajów: „Jest to opozycja między wojną a pokojem […]. By wywyższyć samuraja, Kurosawa poniża chłopa […]. Ta nierównomierność wartości, ta hierarchia dusz, zabraniająca zawsze chłopom stać się bohaterami, prowadzi nas do prawdziwego dualizmu postawy reżysera. Przedstawiając samurajów okazuje się on idealistą, w przypadku chłopów – realistą. […] Z tego punktu widzenia samuraj Kurosawy jest bliższy raczej bohaterowi Popiołu i diamentu, wiecznemu bojownikowi, niż bohaterowi westernu”[8]. Koishi Yamada pisał to jeszcze przed premierą Siedmiu wspaniałych, ale ten fragment doskonale pokazuje uniwersalność arcydzieła Wajdy, co zresztą udowodnił później i Martin Scorsese upodabniając głównego bohatera Taksówkarza – Travisa Bickle’go do Maćka Chełmickiego[9].

Maciek Chełmicki. Grafika: Piotr Korczyński. Prawa: Piotr Korczyński

W filmie wojennym, samurajskim, czy westernie, niezwykle istotnym elementem jest broń, jako nie tylko „narzędzie pracy”, ale i atrybut wyróżniający bohatera spośród innych postaci opowiadanej historii. W Siedmiu samurajach jest tak w wypadku fałszywego ronina Kikuchiyo (Toshirō Mifune), który dźwiga na ramieniu niezwykle długą katanę, jakby już jej imponującym wyglądem chciał udowodnić swój rycerski status. W Siedmiu wspaniałych jeden z rewolwerowców – Britt (James Coburn) walczy tylko za pomocą noża i jest w tym skuteczniejszy od niejednego strzelca. W Popiele i diamencie rodzaj broni także ma istotne znaczenie. Nieprzypadkowo jednym ze sztandarowych kadrów – powielanych w niezliczonych publikacjach na temat filmu – jest ten, na którym Maciek i Andrzej stoją pod rosochatą, „polską” wierzbą z pistoletami maszynowymi – niemieckim szmajserem i angielskim stenem. Równie dobrze mogliby mieć broń rosyjską (także powszechnie używaną w podziemiu – zwłaszcza pod koniec wojny), ale to zmieniłoby wymowę sceny zamachu, w której omyłkowo zamiast sekretarza PPR Szczuki (Wacław Zastrzeżyński) zginął robotnik z cementowni Smolarski (Mieczysław Łoza). Oto konspiratorzy, nie chcący pogodzić się ze zmianami wprowadzanymi w kraju przez nową władzę, strzelają do jej przedstawicieli z niemieckiej i angielskiej (zachodniej) broni. Już samo to podkreśla, jak bohaterowie mocno tkwią nadal w wojennej rzeczywistości… Jednak broń, którą Andrzej Wajda włożył w ręce akowców, dla większości widzów oznaczała zupełnie co innego niż dla peerelowskich cenzorów. Zwłaszcza sten – broń komandosów, dostarczana Armii Krajowej dzięki zrzutom lotniczym i produkowana w jej konspiracyjnych rusznikarniach.

„Nienawidzę tych waszych rewolwerów!”

Jeśli mowa o komandosach, to oni także docierali z Zachodu, by swymi umiejętnościami wesprzeć Armię Krajową. Chodzi oczywiście o cichociemnych[10] – wyselekcjonowanych i doskonale wyszkolonych w ośrodkach SOE[11] do działań specjalnych, żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Byli wśród nich także prawdziwi rewolwerowcy. Za jednego z najlepszych strzelców wśród cichociemnych uważano porucznika Jerzego Mara-Meÿera, nieprzypadkowo noszącego pseudonim „Vis”[12]. O jego niebywałych umiejętnościach i wyszkoleniu zaświadczał między innymi także cichociemny, major Jan Jokiel „Ligota”. Poznał on „Visa” na kilka dni przed desantem w kraju, w ostatnie dni marca 1942 roku, kiedy razem z innymi komandosami dobierali sobie broń do tej akcji. Wspominał: „I wtedy to, przy obserwowaniu z boku grupki kolegów przebierających wśród masy pistoletów i rewolwerów, wpadła mi zdecydowanie w oko potężna atletyczna sylwetka bardzo młodo wyglądającego Jurka […]. Jako najmłodszy z naszej grupy, skromnie czekał na swoją kolejkę. Gdy po dłuższej chwili reszta kolegów dokonawszy wyborów przymierzała się i pieściła w rękach obiekty swojego wyboru, do stołu zbliżył się Jurek i pewnym zdecydowanym ruchem wybrał dwa Colty 9 mm. […] Intuicyjnie wyczuwałem, że w sprawach wyboru broni i ostatecznego parodniowego podszlifowania formy strzeleckiej, najlepszym partnerem będzie Jurek. […] Przekonał mnie o słuszności swojej opinii o Colcie i to właśnie kalibru 9 mm, na mój gust i dla mojej małej ręki, prawie armacie. Do Kraju wziąłem jednak Colty kalibru 7,65 mm. 9 mm wydawały się ciężkie, przyduże do noszenia w kieszeni, chyba w specjalnych kaburach, albo przy wzroście i wymiarach dłoni Jurka. Jurek z 9 mm bez wysiłku trafiał w niewielkie kartki papieru przymocowane do drzew na odległość 60 m. Twierdził, że celność strzału w granicach 100 m jest dla tego wspaniałego pistoletu w granicach realnych”[13].

Po skoku do kraju, porucznik Mara-Meÿer sprawdził się najpierw na Zamojszczyźnie, jako doskonały dowódca partyzancki, a następnie w wielu innych akcjach, w których swymi dwoma Coltami 9 mm siał śmierć pośród niemieckich żandarmów, nim nie zginął podczas jednej z akcji w Warszawie 27 maja 1943 roku. „Vis” i inni cichociemni starali się, prócz umiejętności walki, zaszczepić wśród swych podwładnych te same zasady, które wynieśli z kursów komandosów w Wielkiej Brytanii. Major Maciej Zajączkowski, żołnierz polskiej 1 Samodzielnej Kompanii Komandosów tak pisał o ośrodku szkoleniowym commando: „Achnaccary było przede wszystkim szkołą charakterów. Kiedy nogi odmawiały posłuszeństwa, kiedy brakowało w piersiach tchu, wzrok zachodził mgłą, a oporządzenie i broń ciążyły niemiłosiernie, trzeba było wielkiej siły woli, aby nie ustać, aby wytrwać do końca. Niejeden był bliski załamania i wtedy okazywało się, że Achnaccary było też szkołą koleżeństwa. Podtrzymywano się wzajemnie na duchu, silniejsi pomagali słabszym, choć sami ledwo trzymali się na nogach”[14].

To wiele tłumaczy w postawie bohaterów Popiołu i diamentu, podobnie jak w innym – niesłusznie dziś zapomnianym filmie, który również miał premierę w 1958 roku. Mowa o Pigułkach dla Aurelii w reżyserii Stanisława Lenartowicza. Opowiada on historię oddziału AK, który w Krakowie planuje odbić z rąk Gestapo jednego ze swych żołnierzy. Niestety, na krótko przed akcją Niemcy odkrywają konspiracyjny magazyn broni oddziału. Dowództwo wysyła więc ciężarówką kilku ludzi, by pojechali do Radomia i przywieźli steny i pistolety pochodzące ze zrzutu, a ukryte w tamtejszej fabryce zabawek o wdzięcznej nazwie Mickey Mouse. To jest punkt wyjścia iście westernowej historii komanda dowodzonego przez „Agata” (Jerzy Adamczak). Na trasie Kraków-Radom i Radom-Kielce-Chęciny-Kraków dochodzi do akcji i próby charakterów, niczym w Dyliżansie (1939) Johna Forda. Stanisław Lenartowicz przed pokazem Pigułek dla Aurelii w ramach siódmej edycji Festiwalu Nowe Horyzonty w 2007 roku powiedział, że chciał pokazać, iż dla żołnierzy podziemia w pierwszym rzędzie „liczyło się życie, tu i teraz, to, żeby zwyciężyć”[15]. Istotnie, dla „Agata”, „Urbana” (Zdzisław Kuźniar), „Gusia” (Andrzej Hrydzewicz) i „Żagiełki” (Jarosław Kuszewski) liczyło się przede wszystkim zadanie: dostarczenie na czas broni, dzięki której będzie można ocalić kolegę. To nie oznacza, że byli jakimiś herosami, wolnymi od strachu, w chwilach słabości pamiętali przede wszystkim, że wiąże ich wojskowa przysięga.

Inaczej rzecz się miała w wypadku szofera ciężarówki Michalaka (Ryszard Pietruski) i dziewczyny poznanej w kieleckiej knajpie – Lili[16] (Barbara Modelska). Oboje nie byli zaprzysiężeni, ale to właśnie Lili okazała się pomocna ludziom „Agata”, a nie chełpliwy pozer Michalak. Szofera Michalaka, negatywnego bohatera Pigułek dla Aurelii świetnie zagrał Ryszard Pietruski. Nie jest to bynajmniej postać czarno-biała, lecz przykład człowieka, którego w godzinie próby całkowicie zwyciężył strach. Pietruski ponownie wcielił się w antagonistę akowca w Prawie i pięści Wijasa – tajemniczego, ubranego w czerń i zawsze w rękawiczkach na dłoniach rewolwerowca[17]. To określenie jest tu jak najbardziej adekwatne, gdyż po premierze filmu Edwarda Skórzewskiego i Jerzego Hoffmana, krytycy okrzyknęli obraz polskim westernem[18]. Istotnie, czerpie on wiele z westernowych wzorców.

Główny bohater, były akowiec Andrzej Kening (Gustaw Holoubek), przeżywający traumę po powstaniu warszawskim i pobycie w niemieckich obozach koncentracyjnych, przyłącza się do grupy operacyjnej, która ma w jednym z miasteczek na tzw. Ziemiach Odzyskanych zabezpieczać poniemieckie mienie, a w istocie jest bandą szabrowników. Kening, niczym Gary Cooper z Człowieka z Zachodu (1958) Anthony’ego Manna wydaje się dopasowywać do bandy, która chce się obłowić i dzięki temu żyć dostatnio po wojnie – ale to tylko pozory. Zwycięża w nim nie tylko poczucie przyzwoitości, ale i patriotyzm, kiedy razem ze Smółką (Wiesław Gołas) odkrywają w jednej z piwnic zrabowane w polskich muzeach dzieła sztuki. Najpierw stara się zantagonizować bandę między sobą, usiłując przeciągnąć na swoją stronę obawiającego się boskiej kary pobożnego Smółkę oraz Cześka Wróbla (Zdzisław Maklakiewicz) – byłego więźnia niemieckich kacetów, w czym przypomina bohaterów wspomnianej Straży przybocznej Akiry Kurosawy i Za garść dolarów (1964) Sergia Leone. Kiedy to się nie udaje, dochodzi do pojedynku, niczym w Samo południe (1952) Freda Zinnemanna, z tym, że wybranka serca Andrzeja – Anna (Zofia Mrozowska), inaczej niż narzeczona szeryfa Kane’a (Garry Cooper) Amy Fowler Kane (Grace Kelly) nie okazuje zrozumienia dla jego determinacji w walce. Krzyczy do Andrzeja: „Nienawidzę tych waszych rewolwerów!” i odjeżdża razem z Cześkiem, który pragnie po wojnie dostatniego życia. Kening, wierny akowskim ideałom, udaje się w siną dal, niczym jeździec znikąd, by być może walczyć dalej[19]

Dzika banda

Kapral Franciszek Pyrek „Jóźko” – syn kowala z Lusławic niedaleko Zakliczyna nad Dunajcem, był w konspiracji od samego początku, ale jego służbę w Armii Krajowej szczególnie zdeterminowało to, co się wydarzyło jesienią 1942 roku, podczas likwidacji zakliczyńskiego getta. Kiedy „Jóźko” dowiedział się, że w getcie zamknięty jest jego dobry kolega z przedwojennego wojska, przemycił mu pistolet. Dzięki temu przyjaciel wyrwał się z niemieckiej obławy i uciekł – terroryzując żandarmów, ale konfident wskazał gestapowcom, kto Żydowi dostarczył broń. Odtąd, przez kilka następnych lat na „Jóźka” organizowano regularne obławy. Nie mogąc go schwytać, hitlerowcy zakatowali mu jego żonę Irenę, będącą w siódmym miesiącu ciąży… Kapral Pyrek po pierwszych chwilach załamania, powrócił jednak do walki. Wendeta czyniła zeń jednego z najlepszych żołnierzy w oddziale partyzanckim. Szedł na ochotnika do każdej akcji, do każdej bitwy. Nic jednak nie mogło ukoić bólu po stracie rodziny, chyba że śmierć – lecz ta w walce, nie była mu pisana[20].

Plakat promujący film Obława

O takim też żołnierzu opowiada Obława Marcina Krzyształowicza z 2012 roku. Reżyser i jednocześnie scenarzysta filmu, dedykował go swemu ojcu, żołnierzowi AK z Sądecczyzny, a więc tego samego terytorium, na którym działał i Franciszek Pyrek. Zarówno zresztą kapral „Jóźko”, jak i kapral „Wydra” – główny bohater Obławy (fenomenalnie zagrany przez Marcina Dorocińskiego) należeli do pododdziałów 1 Pułku Strzelców Podhalańskich, który operował od Tatr po Podkarpacie. „Wydra” jest egzekutorem, który likwiduje i tropi konfidentów niemieckich, zagrażających oddziałowi. Podobnie jak „Jóźkowi”, Niemcy wymordowali mu rodzinę – służbę łączy więc z osobistą wendetą[21]. To człowiek, któremu właściwie jest już wszystko jedno, lecz nawet jego wojna może zaskoczyć jeszcze większym horrorem… Tytułowa obława przeciw partyzantom prowadzona przez niemieckich spadochroniarzy[22] w bukowym lesie, odsłania całe okrucieństwo wojny partyzanckiej i istotnie przypomina sceny z horroru. Ta finałowa, w której „Wydra” kopie grób dla swoich poległych towarzyszy broni, a następnie czeka nad nim na Niemców, patrząc w dal na piękne górskie pejzaże, ma siłę sceny z płonącymi kieliszkami spirytusu z Popiołu i diamentu. „Wydra”, choć jeszcze żywy, wie że zaraz znajdzie się pośród martwych partyzantów w dole; pośród osób, którzy tak jak on cierpieli psychiczne i fizyczne katusze ludzi tropionych, niczym wataha wilków.

Partyzanci AK w tym filmie, to żadni „malowani chłopcy”[23] – zarośnięci i w podartych mundurach istotnie bardziej przypominali bandytów – jak ich nazywali Niemcy – niż żołnierzy. Lecz pozory mylą. Porucznik „Mak” (Andrzej Zieliński) i jego ludzie, pozostają wierni przysiędze wojskowej. A to było znacznie trudniejsze niż w regularnej armii, której żołnierze objęci byli konwencją genewską, czyli po dostaniu się do niewoli nie rozstrzeliwano ich na miejscu jako bandytów, lecz odstawiano do obozu jenieckiego[24]. Mogli także dostać na froncie urlop i choć na chwilę zapomnieć o koszmarze wojny – tego wszystkiego akowcy byli pozbawieni.

Podobną tematykę, jak w Obławie podjął wcześniej Stanisław Różewicz w filmie Na melinę. W tym krótkim obrazie telewizyjnym z 1965 roku, jeden z oddziałów AK – kompania „Alicja” stacjonująca w okolicach Włoszczowej – jest w trakcie rozformowania i przejścia z powrotem do konspiracji na tytułową melinę, jak się to określało. To już listopad 1944 roku, czyli w tragicznym dla AK okresie, po powstaniu warszawskim, w walce z niemieckimi ekspedycjami antypartyzanckimi i napierającymi od wschodu sowietami (o czym w 1965 roku nie można było mówić, ale każdy orientujący się w historii o tym pamiętał). Fotografujący się we wsi akowcy – zdjęcia potrzebne są do kenkart, które pozwolą im się „zamelinować” – zauważają, że pod przydrożną kapliczką obserwuje ich dziad (Kazimierz Opaliński), wędrowny żebrak, jakich pełno było wówczas na wiejskich traktach. Partyzanci poddają go próbie, a ten zgodnie z ich podejrzeniami okazuje się niemieckim konfidentem. Sprawa jest jasna – kara śmierci. Dowódca kompanii, porucznik (znakomity Stanisław Mikulski) zleca wykonanie tego zadania kapralowi „Zbirkowi” (Jan Kociniak), który podobnie jak „Wydra” i „Jóźko” stracił rodzinę i pragnie pozostać pośród tych, którzy nadal będą walczyć w leśnym oddziale kadrowym. Jednak po egzekucji, widząc dobry humor „Zbirka”, porucznik decyduje się wysłać go na melinę. Uświadomił sobie, że popełnił błąd, wyznaczając kaprala na egzekutora. Widzi, że chłopak zatracił hamulce w zabijaniu i chce go ocalić, zanim całkiem z żołnierza zmieni się w pospolitego mordercę. Porucznik przypomina starego rewolwerowca Munny’ego (Clint Eastwood) z Bez przebaczenia (1992), który młodym adeptom rewolweru stara się wyperswadować ten sposób na życie, póki nie jest za późno…

Stanisław Mikulski, Jan Kociniak, Józef Nowak, Na melinę, Autor: brak danych, Prawa do zdjęcia: nieustalone

A dla tych, dla których jest już za późno, pozostaje walczyć do końca i zmazać swe grzechy, jak zrobił to Pike Bishop (William Holden) i jego ludzie w Dzikiej bandzie (1969) Sama Peckinpaha. W polskich realiach lat 1944–1945, kiedy w ślad za wycofującymi się z kraju Niemcami wchodzili Sowieci, wielu żołnierzy Armii Krajowej, walczących wcześniej na Kresach z sowieckim okupantem, a po 1941 roku i z sowiecką partyzantką, nie mogło liczyć na łaskę nowych rządców Polski[25].

Jeździec znikąd

Na rok przed premierą Obławy, Marcina Dorocińskiego można było zobaczyć także w roli akowca-powstańca warszawskiego – Tadeusza z Róży Wojciecha Smarzowskiego. To postać równie tragiczna, co kapral „Wydra”. Niemcy na oczach Tadeusza zgwałcili i zamordowali jego żonę. Udało mu się uniknąć niewoli po klęsce powstania, a po wojnie – podobnie jak Andrzej Kening z Prawa i pięści – wyjeżdża na Ziemie Odzyskane, dokładnie na Mazury, które przed wojną pozostawały w granicach Niemiec. Poznaje tam wdowę po żołnierzu Wehrmachtu, Różę Kwiatkowską (Agata Kulesza) i ku zaskoczeniu obojga, budzi się w nich miłość. Okazuje się jednak, że Róża także skrywa tragiczne przeżycia, a koszmar wojny wcale się tu nie skończył. Mazurzy, zarówno przez sowietów, jak i przedstawicieli władz Polski Lubelskiej traktowani są jak Niemcy – pokonani nieprzyjaciele, wyjęci spod prawa, których można grabić, wysiedlać i gwałcić. Tadeusz, by bronić domu oraz swej nowej wybranki serca, musi ponownie stanąć do walki z maruderami Armii Czerwonej, a zwłaszcza z Wasylem (Eryk Lubos), który traktuje Różę jak swoją własność.

Tadeusz, dzięki karabinowi snajperskiemu i granatom znalezionym w rozbitym niemieckim samochodzie, nie jest bezbronny. Co więcej, zamienia dom Róży w prawdziwą twierdzę, otaczając go polem minowym. Czerwonoarmiści przekonują się, z jak doborowym żołnierzem przyszło im się zmierzyć, kiedy jeden po drugim giną od kul snajperskich, granatów lub min. Dla Róży, jej sąsiadów Mazurów oraz repatriantów przybyłych z Kresów, Tadeusz jest niczym rewolwerowiec Shane (Alan Ladd) z Jeźdźca znikąd (1953) George’a Stevensa. Lecz inaczej niż w tym i innych klasycznych westernach – tajemniczemu wybawicielowi osady nie jest tu dane pozostać z ukochaną kobietą lub odjechać w nieznane. Parafrazując Josepha Conrada, do rozprawy z Tadeuszem stają więksi szatani niż Wasyl i jego zbiry – komunistyczny urząd bezpieczeństwa. Los Tadeusza bardziej przypomina fatum bohatera krwawych spaghetti westernów – choćby niemego rewolwerowca (Jean-Louis Trintignant) z Człowieka Zwanego Ciszą (1968) Sergia Corbucciego, który ulega diabolicznemu łowcy głów Tigrero (Klaus Kinski) – podobnie jak funkcjonariusze urzędu bezpieczeństwa jest on reprezentantem władzy i stanowi jej prawa na podbitej ziemi. Tadeusz przegrywa, ale nie zostaje złamany. Wraca z Syberii i staje oko w oko ze zdrajcą, który go wydał – osadnikiem Władkiem (Jacek Braciak), który za judaszową przysługę otrzymał od komunistów gospodarstwo Róży. Dopiero wtedy Tadeusz „jeździec znikąd”, może odejść w nieznane…

Plakat promujący film Róża

***

Powyższy szkic nie rości sobie miana przeglądu wszystkich filmów o Armii Krajowej, czy szerzej Polskim Państwie Podziemnym. Jest ich sporo i niewątpliwie warto je przypominać, zwłaszcza w okrągłą rocznicę osiemdziesięciolecia powołania AK. Stanowi natomiast próbę ukazania, jak pasjonująco dzięki kinu gatunkowemu można przedstawić ten fragment polskiej historii. Wymienione wyżej dzieła filmowe, przeanalizowane w konwencji westernowej dobitnie to udowadniają. Nieprzypadkowo też starano się połączyć tu fabułę filmową z rzeczywistymi wydarzeniami i autentycznymi akowcami, których perypetie wojenne wykorzystano w tworzeniu scenariuszy (jak było to w wypadku wspomnianego na początku Stanisława Kosickiego). Intencją było pokazanie, jak wiele jeszcze aspektów z historii Armii Krajowej mogłoby posłużyć jako punkt wyjścia dla scenariusza kina gatunkowego – między innymi wojennego, sensacyjnego, melodramatu, westernu (easternu). Wciąż na swe historie filmowe czekają tacy bohaterowie, jak generał Stefan Rowecki[26] (pierwszy komendant główny Armii Krajowej), kapitan Jan Piwnik „Ponury” (cichociemny i legendarny dowódca największego zgrupowania partyzanckiego AK w Górach Świętokrzyskich), major Adolf Pilch „Góra”, „Dolina” (cichociemny, który z Sowietami i Niemcami stoczył około dwustu potyczek i żadnej z nich nie przegrał), generał Antoni Heda „Szary” (który m.in. rozbił ubeckie więzienie w Kielcach, uwalniając kilkuset więźniów, w tym Stanisława Kosickiego i także wspomnianego wyżej „Visa”). Każdy z nich miał w swym życiu westernowe epizody.

Truizmem jest powtarzanie, że scenarzyści w Hollywood byliby tymi historiami zachwyceni, gdyby je znali (polscy więc mają nad nimi przewagę), ale warto w tym miejscu jeszcze raz przywołać Kanał (1956) Andrzeja Wajdy. Kiedy w 1957 roku na 10 Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes film zdobył Srebrną Palmę, dziennikarze i filmowcy zachodni dosłownie nie odstępowali na krok polskiej ekipy. Największe pochwały zbierał scenarzysta filmu – Jerzy Stefan Stawiński. Amerykańscy scenarzyści komplementowali kolegę znad Wisły: „Partyzanci przechodzący kanałami to świetny pomysł. Jak na to wpadłeś?”[27]. „Łącki” – taki pseudonim Stawiński nosił jako dowódca kompanii łączności Pułku „Baszta” – odpowiedział, że niczego nie musiał wymyślać. Jego oddział, jako jeden z ostatnich ewakuował się kanałami z Mokotowa do Śródmieścia 27 września 1944 roku. Dantejskie sceny, jakie wtedy się rozegrały, opisał między innymi w opowiadaniu Kanał, które następnie zaadoptował na scenariusz filmowy. Sam Stawiński tak mówił o powstaniu i swej służbie w Armii Krajowej: „Nie miałem też świadomości pomyłki. Działaliśmy do końca. Dopiero jak nas przyparli czołgami do paru uliczek, zaprzestaliśmy. Nie wiem, czy to morale, honor, czy wychowanie”[28]. W tym stwierdzeniu nadal tkwi ogromny filmowy potencjał!

  1. S. Kosicki, Wojna, wojna, wojenka, Kraków-Warszawa 2014, s. 222.

  2. O kulisach powstania powieści i filmu Popiół i diament czytaj [w:] K. Kąkolewski, Diament odnaleziony w popiele, Poznań 2015.

  3. Martin Scorsese przyznawał, że gdy pierwszy raz obejrzał Popiół i diament w 1961 roku na pokazie w Washington Square College (obecnie New York University), to doznał wstrząsu: „Ten film był dla mnie objawieniem. Przedstawiał tragedię zniszczonego kraju, zniszczonej zachodniej cywilizacji, tragedię ludzi, którzy przeżyli i musieli stawić czoła nowemu systemowi, odrzucając go, walcząc z nim, lecz z poczuciem przegranej”. Bardzo mocno utkwiła mu między innymi scena zabójstwa Szczuki: „Przestudiowałem ten strzał, tę sekwencję, szczególnie gdy ranny Szczuka wpada w ramiona Maćka, a potem w nich umiera i nagle nad nimi wystrzeliwują w niebo fajerwerki. Jest to coś w rodzaju transcendencji”. Natomiast reżyser Czasu apokalipsy (1979) zapytany w jednym z wywiadów, jaki film ze wszystkich obejrzanych wywarł na nim największe wrażenie, bez wahania wskazał na Popiół i diament. Cytaty za: Scorsese: „Popiół i diament stał się dla mnie obsesją”, https://www.tvp.pl/kultura/film/filmoteka/aktualnosci/scorsese-popiol-i-diament-stal-sie-dla-mnie-obsesja/38036135 (dostęp z marca 2022).

  4. Prócz westernów rozgrywających się w XIX, czy na początku XX w. w Stanach Zjednoczonych, kręci się również tzw. westerny współczesne, których akcja osadzona jest po II wojnie światowej. Często ich bohaterami są weterani, którzy po koszmarze wojny nie mogą się odnaleźć w powojennej rzeczywistości, lub nie chcą się z nią pogodzić, w czym podobni są do akowców z Popiołu i diamentu. Można tu przywołać takie tytuły, jak m.in. Czarny dzień w Black Rock (1955) Johna Sturgesa, Skłóceni z życiem (1961) Johna Hustona czy Ostatni kowboj (1962) Davida Millera. Zwłaszcza Czarny dzień w Black Rock można traktować, jako dzieło pokrewne późniejszemu Popiołowi i diamentowi. Western Sturgesa podejmuje jedną z czarnych kart amerykańskiej historii, a mianowicie represje wobec obywateli japońskiego pochodzenia; nawet wobec tych, których krewni walczyli na wojnie w szeregach US Army.

  5. Popiół i diament, reż. Andrzej Wajda, 1958.

  6. Taką postawę między innymi poddała w swych publikacjach krytyce Maria Janion określając ją „patriotyzmem westernowym”. Bardzo celnie na tą krytykę odpowiedział Piotr Skwieciński, podkreślając, że częstym lejtmotywem w tekstach Marii Janion jest „konsekwentne «demaskowanie» tradycyjnego wzorca męskości – w opozycji do kobiecości i «inności». Ideału mężczyzny, który za Georgiem L. Mossem Janion opisuje jako «określony przede wszystkim przez właściwe mu: wolę panowania, honor, odwagę, i przenikający całą nowożytną kulturę zachodnią». Powtórzmy – podstawowym elementem tego ideału jest (była?) odwaga. Realizują go rewolwerowcy z «Siedmiu wspaniałych». Nie spełniają go natomiast wyzwalani przez nich peoni. Czy odrzucenie tego ideału – do czego wydaje się namawiać Maria Janion – może rodzić pozytywne konsekwencje społeczne? Na to pytanie odpowiedzieli zdecydowanie twórcy Państwa Izrael, opierając jego mit, kulturę i wychowanie młodych pokoleń na kulcie Masady i żydowskiej walki zbrojnej. Sądzę, że mieli rację. Piszę to również jako Polak, którego część rodziny zginęła w Holokauście”. P. Skwieciński, Źli rycerze Marii Janion, „Magazyn Plus Minus” „Rzeczpospolita”, 27.06.2009

    https://www.rp.pl/plus-minus/art15547521-zli-rycerze-marii-janion (dostęp z marca 2022).

  7. Spaghetti-western Za garść dolarów (1964) Sergia Leone japoński mistrz uznał za plagiat Straży przybocznej i napisał w tej sprawie do młodego włoskiego reżysera list protestacyjny: „Signor Leone, właśnie miałem sposobność obejrzeć pański film. To bardzo dobry film, lecz to jest mój film. Jako że Japonia jest sygnatariuszem konwencji berneńskiej o międzynarodowej ochronie praw autorskich, musi mi Pan zapłacić”. Ponoć Leone był zachwycony, że napisał do niego sam wielki Kurosawa, ale do plagiatu nie chciał się przyznać i przegrał sprawę w sądzie. Natomiast drugi Sergio – Corbucci znacznie subtelniej sparafrazował Straż przyboczną w swym znakomitym Django z 1966 roku. Cytat za P. Korczyński, Dawno temu na Dzikim Zachodzie, Warszawa 2018, s. 260–261.

  8. A. Helman, Akira Kurosawa, Warszawa 1970, s. 110.

  9. Nie była to tylko identyczna kurtka wojskowa i ciemne okulary, ale i sceny z bronią, kiedy Travis po zawodzie miłosnym, odzyskuje równowagę, kupując cały arsenał pistoletów i rewolwerów i ćwicząc posługiwanie się nimi przed „akcją”.

  10. O walce cichociemnych w okupowanej Polsce opowiada serial telewizyjny Czas honoru (2008–2014) Michała Kwiecińskiego, Michała Rosy, Wojciecha Wójcika, Grzegorza Kuczeriszka, Waldemara Krzystka i Michała Rogalskiego.

  11. SOE – Special Operations Executive, czyli Kierownictwo Operacji Specjalnych, którego zadaniem według słów Winstona Churchilla było podpalenie Niemcom Europy. Czyniło to wspierając ruch oporu w okupowanych krajach poprzez wysyłanie zaopatrzenia z bronią i wyszkolonych ludzi. Należy jednak pamiętać, że cichociemni nie byli agentami SOE, lecz żołnierzami AK.

  12. Vis to nazwa polskiego pistoletu produkowanego od 1935 roku. Uważany był za jeden z najlepszych pistoletów wojskowych na świecie.

  13. J. Jokiel, Jerzy Mara-Meÿer, maszynopis, s. 1–4.

  14. M. Zajączkowski, Sztylet komandosa, Warszawa 1991, s. 24.

  15. Za Pigułki dla Aurelii na stronie Filmweb, https://www.filmweb.pl/film/Pigu%C5%82ki+dla+Aurelii-1958-8667 (dostęp z marca 2022).

  16. Imię, a raczej pseudonim dziewczyny nawiązuje do Lili Marleen – niezwykle popularnej wśród niemieckich żołnierzy piosenki, która znalazła uznanie też po drugiej stronie frontu, wśród żołnierzy alianckich. Była ona między innymi w repertuarze Marleny Dietrich. W barmance granej przez Barbarę Modelską także kochają się zarówno niemieccy żołnierze, jak i Polacy – bywalcy kieleckiej „mordowni”.

  17. Ten kostium także jest jednym z elementów „westernowego świata”. W klasycznych westernach bohater negatywny najczęściej ubrany jest na czarno, a jego antagonista reprezentujący dobro – na biało. Tak też jest w Prawie i pięści.

  18. To miano lub doprecyzowanie – eastern otrzymało kilka polskich filmów, które czerpały z westernowych wzorców. Prócz Prawa i pięści były to między innymi Wilcze echa Aleksandra Ścibora-Rylskiego z 1968 roku. Do westernów komediowych, czy wręcz ich parodii, można zaliczyć natomiast Człowieka, który zdemoralizował Hadleyburg Komedię z pomyłek – obydwa wyreżyserowane przez Jerzego Zarzyckiego w 1967 roku. Powstał też u nas western erotyczny, czyli Eukaliptus Marcina Krzyształowicza z 2002 roku oraz określany mianem eksperymentu filmowego Summer Love Piotra Uklańskiego z 2006 roku. Ostatnio – w 2020 roku – do spaghetti westernów nawiązał w swej Magnezji Maciej Bochniak. Prawdziwym fenomenem są natomiast śląskie westerny Józefa Kłyka, które tenże kręci od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Kłyk przedstawia w nich przede wszystkim historię śląskich osadników w Teksasie, a za plenery służą mu rodzinne Bojszowy pod Pszczyną. Zob. P. Korczyński, Jeździec znikąd? Nie – z Bojszowów. Western śląski Józefa Kłyka, [w:] Europejskie kino gatunków 2, pod red. P. Kletowskiego i M. Peplinskiego, Kraków 2020, s. 181–195.

  19. Pisząc o Prawie i pięści trzeba wspomnieć o otwierającej ten film westernowej balladzie Nim wstanie dzień, skomponowanej przez Krzysztofa Komedę do słów Agnieszki Osieckiej. W filmie śpiewa ją Edmund Fetting.

  20. „Jóźko” przeżył wojnę i zmarł w 1984 roku. O jego wojennych przeżyciach można przeczytać w książce autora, Przeżyłem wojnę. Ostatni żołnierze Walczącej Polski, Kraków 2021.

  21. Podobnie było ze słynnym partyzantem Podhala – majorem Józefem Kurasiem „Ogniem”, któremu Niemcy wymordowali rodzinę i spalili dom w czerwcu 1943 roku. Wtedy właśnie zmienił swój pseudonim z „Orła” na „Ogień” i rozpoczął bezpardonową walkę, nie zwracając często uwagi na rozkazy swego dowództwa z AK. Historia majora Kurasia wciąż czeka na swego reżysera (to mógłby być film w stylu i na miarę westernów Sama Peckinpacha!), lecz jest film, którego główny bohater ma wiele z „Ognia” – postaci wzbudzającej wciąż wiele kontrowersji i dyskusji nie tylko wśród historyków. Grzegorz Królikiewicz zapytany o kontrowersyjność „Ognia”, któremu poświęcił dokument A potem nazwali go bandytą (2002), odpowiedział, że mit wtedy nabiera wiarygodności, kiedy ma swą ciemną stronę, skazę, przetrącenie. To przetrącenie czyni bohatera z jednej strony bardziej ludzkim, z drugiej – podkreśla jego bohaterstwo, zmaganie się z samym sobą (na podstawie relacji prof. Piotra Kletowskiego). Bardzo wiele z „partyzanta Podhala” ma Haratyk (Franciszek Pieczka) z Słońce wschodzi raz na dzień Henryka Kluby z 1967 roku. Haratyk to niepokorny góral, który skonfliktowawszy się po wojnie z przedstawicielami „władzy ludowej” pociągnął mężczyzn ze swej wsi do lasu i rozpoczął z komunistami bezpardonową walkę. Film od razu został „pułkownikiem” (jak nazywano dzieła odkładane na cenzorskie półki) i premierę miał dopiero w 1972 roku. Natomiast Obława przywodzi na myśl jeszcze głośną książkę Stefana Dąmbskiego Egzekutor. Autor, żołnierz podkarpackiej Armii Krajowej, był jej „cynglem”, który bez wahania zabijał niemieckich i ukraińskich agentów Gestapo, a po wojnie współpracowników komunistycznej władzy. Jego książka jest w istocie spowiedzią, w której szczerze i bez ogródek nazywa swoją służbę w podziemiu jednym słowem: „zezwierzęcenie”. Szokujące? Oczywiście, ale zarazem szczere i jasne postawienie sprawy. Zabijanie ma swą cenę, zwłaszcza jeśli to nie jest otwarta walka, jaką prowadzą regularne wojska na froncie, lecz skrytobójcze egzekucje, nierzadko na kobietach, czy młodocianych.

  22. Marcin Krzyształowicz czyniąc niemieckich strzelców spadochronowych egzekutorami partyzantów, wcale nie fantazjował, jak wydawało się niektórym recenzentom. Wręcz przeciwnie – spadochroniarze byli wyspecjalizowani w akcjach przeciwpartyzanckich, co udowodnili krwawymi akcjami na Krecie i w Jugosławii. Hitler osobiście ułożył swym spadochroniarzom „dekalog”, a jego dziewiąte przykazanie brzmiało: „Z wrogiem w otwartym polu walcz po rycersku, ale nie szczędź życia partyzanta”. Cytat za P. Korczyński, Elitarne jednostki specjalne Wojska Polskiego 1939–1945, Czerwonak 2013, s. 21.

  23. Opis jak ulał pasuje do bohaterów „antywesternów”. Lecz czy istnieje coś takiego jak „antywestern”? Tak nazwano filmy Sama Peckinpaha i jego naśladowców z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy też mniej więcej ogłoszono koniec mitu Dzikiego Zachodu. Równocześnie wieszczono śmierć klasycznego westernu, który ten mit tworzył z sukcesem od samego prawie istnienia kinematografii. Zapominając o tym, że mit jest nieśmiertelny, zbyt szybko jednak wywieszono nekrologi z napisem „western”… Dziś filmy „Krwawego Sama” są takimi samymi klasykami jak westerny Johna Forda czy Howarda Hawksa. To samo tyczy się także spaghetti-westernów Sergia Leone i innych włoskich reżyserów, na których krytycy nie zostawiali suchej nitki, uwypuklając ich brutalizm i odstępstwa od „kanonicznego westernu”. Współcześni reżyserzy z Quentinem Tarantino i braćmi Coen na czele czerpią z nich pełnymi garściami w swoich jeszcze bardziej krwawych i demitologizujących opowieściach o Dzikim Zachodzie. Pewnie szybciej niż się wydaje i nowa wersja Django (2012) Tarantino czy Prawdziwego męstwa (2010) braci Coen staną się klasykami westernu. Czemu więc walka z legendą Dzikiego Zachodu nie przynosi rezultatów, a każdy nawet najbardziej obrazoburczy film staje się z czasem jej elementem? Najprościej można wytłumaczyć ten paradoks tym, że mit amerykańskiego pogranicza zastępowany jest innym mitem amerykańskiego pogranicza. Albo jeszcze inaczej: opowiadana jest wciąż ta sama legenda, tylko inaczej rozkładane są w niej akcenty. Dobrze to widać w westernach przełomu wieków, a zwłaszcza w dziele, które swego czasu okrzyknięto „wskrzesicielem gatunku” – Tańczącym z wilkami Kevina Costnera z 1990 roku. Ten pean na cześć życia zgodnego z naturą i świata Indian Wielkiej Prerii stał się z miejsca wielkim przebojem kinowym lat dziewięćdziesiątych i zapoczątkował odrodzenie zainteresowania westernem na całym świecie. I tak sielanka indiańskiego życia, przerywana od czasu do czasu najazdami wrogich Paunisów i zagrożona coraz bardziej przez ekspansję białych, stała się drugą stroną medalu, który przedstawiał bogobojnych pionierów, dzielnych kowbojów i mężnych szeryfów krzewiących tylko i wyłącznie cywilizację na zachodnich pustkowiach… Pojęcie „antywesternu” kapitalnie wykpił wspomniany Quentin Tarantino w Pewnego razu w Hollywood (2019). Reżyser dowodzi, że mit Dzikiego Zachodu jest równie potężny i uniwersalny co mity greckie, a „antywestern” czy „spaghetti western” to etykiety pomocne do uchwycenia wspomnianych wyżej akcentów tej samej, wciąż na nowo opowiadanej historii o walce dobra ze złem (nawet jeśli dobro wydaje się nieoczywiste). Zadajmy sobie więc pytanie, czy na przykład Pat Garrett i Billy Kid (1973) Peckinpaha to „antywestern”? Wracając do filmów o AK, czyż kapral Wydra z Obławy nie jest tym samym chłopakiem co Maciek Chełmicki, który – mimo wojennych traum – może po wojnie choć na chwilę ponownie poczuć radość życia, a nawet się zakochać. Może nawet zejść na złą drogę, lecz wcześniej czy później sumienie mu przypomni, że składał przysięgę.

  24. Niemcy pod naciskiem aliantów dopiero pod sam koniec powstania warszawskiego zrównali powstańców w prawach kombatanckich z żołnierzami regularnej armii. Nie uchroniło to jednak wielu akowców przed rozstrzeliwaniem na miejscu po dostaniu się do niewoli – zwłaszcza w ręce SS.

  25. W ostatnich latach polscy filmowcy podejmowali losy tzw. żołnierzy wyklętych – by przywołać chociażby Generała Nila Ryszarda Bugajskiego z 2009 roku czy Historię Roja Jerzego Zalewskiego z 2016, ale ta tematyka wciąż czeka – mówiąc kolokwialnie – na dobre kino.

  26. Nie licząc serialu Polskie drogi Janusza Morgensterna z 1976 roku. Odcinek 11 tego serialu, zatytułowany W obronie własnej, poświęcony jest aresztowaniu generała Roweckiego przez Gestapo.

  27. P. Bojarski, Jak Wajda znalazł „Kanał”, „Gazeta Wyborcza” z 15 października 2016, https://wyborcza.pl/7,75410,20838915,jak-wajda-znalazl-kanal.html (dostęp z marca 2022).

  28. 100 lat temu urodził się Jerzy Stefan Stawiński, https://film.interia.pl/wiadomosci/news-100-lat-temu-urodzil-sie-jerzy-stefan-stawinski,nId,5332506 (dostęp z marca 2022).


Piotr Korczyński – zastępca redaktora naczelnego „Polski Zbrojnej Historia”, historyk i publicysta; autor książek, m.in. Dawno temu na Dzikim ZachodzieŚladami Szeli, czyli diabły polskiePrzeżyłem wojnę… Ostatni żołnierze Walczącej Polski; współautor w tomie 2 i 3 Europejskiego Kina Gatunków oraz 1000 filmów, które tworzą historię kina. W „Mówią Wieki” i w „Polsce Zbrojnej Historia” prowadzi stałe cykle o kinie historycznym i wojennym.

Streszczenie:

Na wybranych przykładach filmów o Armii Krajowej autor przedstawia ich proweniencję z westernem – jednym z najpopularniejszych stylów kina gatunkowego, powstałego w Stanach Zjednoczonych, ale także z sukcesami wykorzystywanego przez twórców europejskich i azjatyckich. Historie rewolwerowców walczących  ze złem, były między innymi natchnieniem dla Akiry Kurosawy przy realizacji jego filmów samurajskich. Westernowe schematy można także zobaczyć w arcydziele Andrzeja Wajdy Popiół i diament (1958) i Pigułkach dla Aurelii (1958) Stanisława Lenartowicza. Zwłaszcza ten pierwszy wywarł ogromny wpływ na filmowców, szczególnie amerykańskich, tworzących kino gatunkowe. Polskim westernem okrzyknięto Prawo i pięść (1964) Edwarda Skórzewskiego i Jerzego Hoffmana, w którym schematy historii z Dzikiego Zachodu przeniesiono na tzw. Ziemie Odzyskane. Kolejni twórcy, którzy swych akowskich bohaterów upodobnili do westernowych jeźdźców znikąd – rewolwerowców walczących wedle wyznawanego kodeksu honorowego (przysięgi)  to Marcin Krzyształowicz ze swą Obławą (2012) i Wojciech Smarzowski z Różą (2011). Przypomniano także w tym kontekście mniej znany film Stanisława Różewicza Na melinę (1965). Istotnym jest, że  historie filmowe połączono z losami prawdziwych bohaterów AK, by podkreślić, że także w rzeczywistości niejeden z nich walczył jak rewolwerowcy, a także, by udowodnić, że dzieje AK nadal mogą inspirować twórców kina gatunkowego. 

Summary:

The article, using selected examples of films about the Home Army, analyses how they were inspired by the western, one of the most popular film genres, created in the United States but also successfully used by European and Asian film makers. Stories of gunmen fighting with evil inspired, for example, Akira Kurosawa, when he created his samurai films. Western patterns can also be found in Andrzej Wajda’s masterpiece Ashes and Diamonds (1958) and Stanisław Lenartowicz’s Pills for Aurelia (1958). The former, in particular, had a huge impact on film makers, particularly American ones, specialising in genre cinema. The Law and The Fist (1964) by Edward Skórzewski and Jerzy Hoffman, in which the patterns of stories from the Wild West were transferred to the so-called Recovered Territories, was called a ‘Polish western’. Other film makers who modelled their Home Army heroes on western lone rangers, i.e. gunmen fighting according to a code of honour (oath) are Marcin Krzyształowicz with his Manhunt (2012) and Wojciech Smarzowski with The Rose (2011). The less famous film by Stanisław Różewicz, On the Hideout (1965) has also been recalled in this context. The important point is that the film stories have been combined with the fates of the real heroes of the Home Army, to emphasise that in the real life many of them fought like gunmen, and also to prove that the history of the Home Army can still inspire film makers dealing with genre cinema. 

Bibliografia:

Piotr Bojarski, Jak Wajda znalazł „Kanał”, „Gazeta Wyborcza” z 15 października 2016, https://wyborcza.pl/7,75410,20838915,jak-wajda-znalazl-kanal.html (dostęp z marca 2022)

Europejskie kino gatunków 2, pod red. Piotra Kletowskiego i Macieja Peplinskiego, Kraków 2020

Alicja Helman, Akira Kurosawa, Warszawa 1970

Jan Jokiel, Jerzy Mara-Meÿer, maszynopis

Krzysztof Kąkolewski w książce Diament odnaleziony w popiele, Poznań 2015

Piotr Korczyński, Dawno temu na Dzikim Zachodzie, Warszawa 2018

Piotr Korczyński, Elitarne jednostki specjalne Wojska Polskiego 1939–1945, Czerwonak 2013

Piotr Korczyński, Przeżyłem wojnę. Ostatni żołnierze Walczącej Polski, Kraków 2021

Stanisław Kosicki, Wojna, wojna, wojenka, Kraków – Warszawa 2014

Pigułki dla Aurelii na stronie Filmweb,

https://www.filmweb.pl/film/Pigu%C5%82ki+dla+Aurelii-1958-8667 (dostęp z marca 2022)

Scorsese: „Popiół i diament stał się dla mnie obsesją”,

https://www.tvp.pl/kultura/film/filmoteka/aktualnosci/scorsese-popiol-i-diament-stal-sie-dla-mnie-obsesja/38036135 (dostęp z marca 2022).

Piotr Skwieciński, Źli rycerze Marii Janion, https://www.rp.pl/plus-minus/art15547521-zli-rycerze-marii-janion (dostęp z marca 2022).

Maciej Zajączkowski, Sztylet komandosa, Warszawa 1991

Print Friendly, PDF & Email

28 marca 2022