"Pleograf. Historyczno-Filmowy Kwartalnik Filmoteki Narodowej", nr 2/2022

Chołpa w paryji. O wiejskich dziwakach w polskim kinie i nie tylko (bardzo) subiektywnie



DOI: 10.56351/PLEOGRAF.2022.2.09

Juzsie obrazy skońcyły

Stanisław Wyspiański, Wesele

Mieczysław Gajda, Słońce wschodzi raz na dzień, Autor: Tadeusz Kubiak, Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Niby swoi, żyjący w gromadzie, a inni. Odmieńce. Dlaczego sąsiedzi tak ich uważali? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Bo na przykład jej źle z oczu patrzało i niechybnie rzucała uroki na krowy i dziecięta, albo tak chłopów czaruje, że tylko jedno im w głowie… Bo uczony był w mieście, od książek zwariował i pije. Bo był na wojnie i lepiej mu w drogę nie wchodzić. Odmieńcem mógł zostać w jednej chwili i szanowany gospodarz, kiedy mu się nagle zachciało żyto kosić nie sierpem, lecz kosą…

Każda wieś miała swego dziwaka, a czasem nawet kilku. Nie zawsze oznaczało to stygmatyzację, niekiedy wręcz przeciwnie. Odmieniec mógł być mędrcem – wiejskim filozofem, znachorem-uzdrowicielem, artystą strugającym w lipie świątków lub człowiekiem… obwieszczającym czas wyjścia w pole, do siewu. Takim był właśnie Kaziu zwany Patykiem. Nie był to dziad wędrowny, bo miał swoją chałupę w jednej z paryj za binarowskim[1] dziołem[2]. Kaziu był niemową i najpewniej analfabetą, żył z tego, co mu dobrzy ludzie podarowali do jedzenia i ubrania, ale miał on jeden dar: wiedział kiedy z parafii zima odchodzi definitywnie, a wiosna nastaje. Ludzie wychodzili z końmi albo wyjeżdżali traktorami w pole nie dlatego, że zeszły już śniegi i wierzby puszczają bazie, ptaki śpiewają nad ranem głośniej i słońce mocniej grzeje, lecz dlatego, że Kaziu na bosaka i z patykami (stąd przezwisko) pod pachą przeszedł miedzą między polami. To był pewnik – można siać, zboża już nic nie wymrozi.

Widziałem Kazia, jak szedł – zbierając ze ścieżek suche patyki – wielokrotnie; ostatni raz w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. To noszenie patyków – nie zdarzyło się, by ich nie miał w ręku – w jego mniemaniu to musiał być jakiś rytuał. Czy w tych umarłych kawałkach drewna widział śmierć i zabierał ją z sobą, by robić na polach miejsce dla nowego życia? Może…. Żył jeszcze jeden wyrazisty odmieniec we wsi Sitnica, którego dobrze zapamiętałem – Fioletowy Mietek. Ten dla odmiany mieszkał na moszczenickich[3] dziołach. Przydomek miał od koloru denaturatu, który był jego podstawowym trunkiem z braku pieniędzy na lepszy. Takich amatorów „denatury” i innych wynalazków zdatnych do zamroczenia głowy egzystowało we wsi więcej, ale Mietek to nie był zwyczajny „trunkowy”, jakich wielu okupuje ławeczki pod sklepem[4], był, posługując się miejscowym żargonem: kształcony. Miał ponoć dyplom inżyniera i budował mosty na Ziemiach Odzyskanych. Tak przynajmniej o nim mówiono, a rozpił się według miejscowej legendy klasycznie – przez nieszczęśliwą miłość do kobiety. Co bardziej złośliwi twierdzili zgodnie z wiejską modłą , że jego dziwactwa bardziej od denaturatu pogłębia drugi nałóg – czytanie książek, które zostało mu pewnie z obiecującej młodości. Był Fioletowy Mietek niewątpliwie poetą i wiejskim filozofem, przy tym oskarżanym o konszachty z diabłem. Lubił siedzieć i pić nad rzeką, w cieniu rosochatych wierzb. Przysiadywały się doń dzieci wracające ze szkoły, w tym piszący te słowa.

Pytany, czy spotkał dziś Rokitę i czy dał mu pieniądze na flaszkę – nie potwierdzał, nie zaprzeczał, tylko odpowiadał zawsze tą samą przypowieścią: „Kiedy byłem w wojsku, młody Cygan sprzedał mi świerszcza w pudełku po zapałkach. «Jak wrócisz do domu, on będzie czekał na ciebie za piecem» – powiedział z uśmiechem. On zrobił dobry interes, ja przeżyłem”. A gdy wypił już sporo denaturatu, opowiadał maoryską bajkę, jak sam ją określał. Czemu maoryską? Nie zdradził tego nigdy. Bajka była krótka: „Pewien mężczyzna zabił brata, więc rodzina wydała go i kat ściął mu głowę. Odtąd jego czaszka toczyła się mściwie śladami krewnych, aż w końcu zmieniła się w księżyc, który wywołuje tęczę i menstruację u kobiet. Tak zło stało się niejednoznaczne”.

Z kolei historia, którą teraz przytoczę, zdarzyła się na wiosnę, po ostrej zimie, w której generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Przed Wielkim Tygodniem zaczęły krążyć po okolicy plotki o znakach. Najpierw ktoś opowiedział, że na niebie ukazał się płonący krzyż. Miało go widzieć kilkoro mieszkańców Binarowej. Lecz prawdziwa zgroza zapanowała w parafii, gdy gruchnęła wieść, że pod Gorlicami na jednej z wierzb wyrosła „cudowna huba”. Grzyb przybrał postać Chrystusa w cierniowej koronie. Miejscowe władze, by zapobiec celebracji i nielegalnym zgromadzeniom, wysłały dwa radiowozy milicyjne. Według „naocznych świadków”, gdy milicjanci dotarli na miejsce, grzyb w kształcie głowy zwrócił na nich swe przerażające oblicze. Z oczu wystrzeliły laserowe promienie, które momentalnie spopieliły milicyjnego gazika, a milicjanci w popłochu uciekli do miasta… Fioletowy Mietek śmiał się z tych opowieści i uspokajał dzieci, by wróciły do swych zabaw, bo szkoda wiosny. Dowodził, że Rokita nie pozwoliłby nigdy, by coś takiego pojawiło się na wierzbach – jego drzewach. A i Pan Jezus to nie bohater Gwiezdnych wojen[5]! W końcu pewnie przekonałby dzieci, bo miał wśród nich autorytet, ale wtedy zdarzył się nieszczęśliwy wypadek: Fioletowy Mietek po pijaku utopił się w rzece, gdy ją przeskakiwał w drodze do domu pod lasem (a Sitniczankę wtedy i dziś można było przeskoczyć jednym susem). Jego ciało dość mocno obgryzione przez szczury wodne znaleziono po kilku dniach.

Diabła wierzba; Autor: Piotr Korczyński

Niektórzy ludzie zawyrokowali, że to kara za bezbożność oraz za to, że nie wierzył w objawienie pod Gorlicami. Strach złapał dzieci w swe szpony na nowo, a tu, jak w kolejce po węgiel lub inne dobra deficytowe wtedy, pojawiły się nowe niesamowitości. Po okolicy zaczęła ponoć krążyć czarna wołga, a bezgłowe psy i koń z ognistym łbem szalały po nocy. Babka, która odczyniała uroki u ludzi i zwierząt, pewnego wieczoru miała spotkać dziwnego pana w długim czarnym płaszczu i kapeluszu na głowie. Niósł dużą walizę i pytał, którędy idzie się do piekła. Babka pomyślała najpierw, że pyta o przysiółek za lasem, który się tak właśnie nazywa – Piekło (jest też Raj, z mniejszą liczbą domostw niż w Piekle). Wskazała mu więc drogę w tamtą stronę. Kiedy ruszył, zauważyła że kuśtyka, a jedna noga zamiast buta kończyła się kopytem. Niektóre dzieci przestano na pewien czas posyłać do szkoły. Te, które chodziły, zbierały się w grupy i co chwilę przystawały na drodze, by odmówić cząstkę różańca. Mówiono, że Rokita po śmierci przyjaciela wyprowadził się z wierzby i wrócił do piekła…

Jan Jakub Kolski – artysta zwany naiwnym

Wszystko to stanęło mi na nowo przed oczyma, kiedy obejrzałem w nowosądeckim kinie Sokół filmy Jana Jakuba Kolskiego. Po kolei – premiera po premierze: Pogrzeb kartofla (1990), Pograbek (1992), Jańcio Wodnik (1993), Cudowne miejsce (1994) i Grający z talerza (1995). Jak widać Kolski prawie rok po roku[6] wypuszczał w nową rzeczywistość rodzącego się w Polsce kapitalizmu opowieść o magicznej krainie wiejskich cudaków i ich perypetiach. Publiczność i krytyka była zgodna w swych zachwytach i interpretacjach Jańcia Wodnika. Kolskiego okrzyknięto polskim Márquezem, który na podobieństwo kolumbijskiego pisarza tworzy realizm magiczny. Podkreślano ahistoryczność i uniwersalizm „Jańciolandu”, jak zaczęto nazywać świat wykreowany przez reżysera. Jego bohaterowie – „wiejskie cudaki” – przeżywali dramaty, jak odrzucenie i samotność, bezdzietność, śmierć bliskiej osoby. Uwikłani byli w odwieczną walkę dobra ze złem, ale w scenerii jak z wiersza Mistrza z Czarnolasu o wsi wesołej, wsi spokojnej… Wszystkie te filmy, prócz Pogrzebu kartofla, wyraźnie osadzonego w powojennych realiach i wokół reformy rolnej, były pozornie bezczasowe („dawno, dawno temu, a może wcale niedawno…”) , jak w legendzie („za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…”), z której należało wyłuskać konkret – ziarno prawdy. A dla mnie nie były ani bezczasowe, ani ahistoryczne. Były to obrazy konkretne. Nie dziwiła mnie magia, ani synkretyzm pogańskich zwyczajów z chrześcijaństwem, ani to, że wiejski uzdrowiciel Jańcio (Franciszek Pieczka) pragnął nowiutkiej Warszawy[7], a odpustowy sztukmistrz i kuglarz – Stygma (Bogusław Linda) jeździł Junakiem z przyspawanym do jego przyczepy krucyfiksem. Musiał to widzieć Kolski w swych Popielawach, albo coś bardzo podobnego. A mnie, kiedy śledziłem losy Jańcia, Pograbka (Mariusz Saniternik) czy księdza Andrzeja (Krzysztof Majchrzak) z Cudownego miejsca od razu stanęli przed oczami Kaziu Patyk, Fioletowy Mietek i inni, o których jeszcze tu wspomnę.

Franciszek Pieczka, Pogrzeb kartofla, Autor: brak danych, Prawa: WFDiF

Oczywiście Kolski czerpał też wiele z wcześniejszych filmów wiejskiego nurtu, jak chociażby z Konopielki – arcydzieła Witolda Leszczyńskiego z 1982 roku, ale obok wzorców kinowych, widać u niego ślady sztuki ludowej, a przede wszystkim twórczość artystów zwanych raz naiwnymi, kiedy indziej – prymitywnymi, a ich dzieła z francuska Art Brutem[8]. Czasem wiejscy odmieńcy chwytali za pędzel i dłuto i swe uczucia, emocje, postrzeganie świata przelewali na papier lub w lipowe drewno. Wszyscy słyszeli o Nikiforze – „Matejce z Krynicy”, wielu o jego śląskim odpowiedniku – Teofilu Ociepce[9] lub Marii Wnęk i Heródku – Karolu Wójciaku. Było takich twórców znacznie więcej – wegetujących często w nędzy na marginesie wioskowego życia, przez sąsiadów traktowanych jako „wiejskie głupki”. Tego podejścia nie zmieniły nawet ich sukcesy, kiedy to zaczynali się nimi interesować „panowie z miasta” – różni profesorowie, artyści i dziennikarze. Często nie zmieniał tego nawet fakt, że miastowi za ciężkie pieniądze kupowali ich obrazy i rzeźby, że dzięki temu stawali się ludźmi zamożnymi. Na wsi budzili tym jeszcze większe niezrozumienie, a często i zawiść. Lecz to właśnie oni – osobni – potrafili oddać prawdę o innej niż oficjalna historii wiejskiej gromady.

Ich grubo ciosane w kamieniu lub drewnie świątki i diabły; bajecznie kolorowe obrazki, w których perspektywa i proporcje przedstawianych postaci są zupełnie odwrócone, na opak, to nie „cepeliada”, ta miła i chwytająca za serce ludowość, jak na koncertach Mazowsza czy Śląska[10]. „Co to jest prawda?” – zadajmy sobie tutaj to ewangeliczne pytanie. Otóż klątwa dziadowska w Konopielce czy Jańciu Wodniku działała naprawdę i naprawdę we wsi mogło przyjść na świat diablątko; Jezus Frasobliwy płakał prawdziwymi łzami z przydrożnej figury, a chłopi w karczmie naprawdę uważali Jakuba Szelę za ich największego bohatera – zaraz po Bartoszu Głowackim, który swą czapką zgasił lont rosyjskiej armaty…

Nie mierz jedną miarą rzeczy

które są niejednorodne

Słońce nie zawsze jest słońcem

Gwiazdy zmienią swe orbity

A wulkany, które drzemią,

Mogą jeszcze wstrząsnąć ziemią[11]

„Wulkany, które drzemią”… Albo inaczej, jak w Weselu Stanisława Wyspiańskiego Pan Młody mówi: „Jak się wszystko dziwnie plecie…”, a Gospodarz mu wtóruje: „Jak się wszystko plecie dziwno”. Tak obaj kończą swą dyskusję o rabacyjnych zaszłościach. Pan Młody podkreślał, uspokajając sam siebie: „ale strzegę się tych badań,/ bo mi trują myśli o polskiej wsi/ […] Patrzę się na chłopów dziś”. A Gospodarz odpowiada mu twardo: „To, co było, może przyjść –ˮ[12]. A może to wcale nie odeszło, tkwi jak cierń w pamięci i jak palimpsest wyziera spod oficjalnej historii. To żaden „Jancioland” – odrealnione niziny mazowieckie, czy wzgórza Podkarpacia. Tu nawet spojrzenie świątka, czy strona, w którą zwraca swą głowę ma swoje znaczenie. Trzeba umieć tylko czytać znaki na niebie, ziemi, pod ziemią i w rzece…

Pamiętacie ludzie rok czterdziesty szósty,

Jak to chłopy panów biły na Zapusty?

Jeden proł cepami, drugi kosą kosił,

A trzeci ze dworu kiełbasę wynosił[13].

W Chojniku, przy drodze stoi krzyż z przybitą doń żelazną figurą Zbawiciela. Długie lata przechylał się on w jedną stronę, ku ziemi. Aż przyszedł nowy ksiądz do parafii w Gromniku i kazał krzyż osadzić na nowo – w żelbetonie, tak, by już na zawsze stał prosto. Na chojniczan padł strach i okazało się, że nieprzypadkowo tu krzyż z Panem Jezusem przechylał się ku drodze. Opowiadali starzy ludzie młodszym, a ci młodsi, kiedy się zestarzeli, znowu swoim wnukom, że ten krzyż ufundowali panowie po masakrze w 1846 roku, jaką miejscowi chłopi sprokurowali swoim dziedzicom w Chojniku. Dziedzic miał się schować w starej przydrożnej wierzbie. Na swoje nieszczęście, chłopi odkryli jego kryjówkę i przecięli drzewo na pół razem ze swym dziedzicem w środku… Po rabacji, rodzina szlachcica ufundowała tenże krzyż. I tak opowiadali o nim ludzie: „Na krzyżu Pan Jezus ma przebity bok, ale głowę podniesioną do góry! Nie jak na innych figurach, czy w kościele gdzie głowa jest opuszczona. Przecież jak mu bok przebijali to już nie żył! Nie? Ludzie mówili, żeJezus z tego krzyża woło do nieba o pomste na chłopach. Ale od zawsze ten krzyż, choć solidnie w ziemi oprawiony cały czos do przodu się przechyloł ku drodze. A wiele ludzi to widziało, bo przecież przy kościelny drodze jest ustawiony, co przez Przylasek do gromnickiego kościoła prowadzi. Co kto troche go poprawił i naprostował to znów przekrzywiony… Widać Pan Jezus nie zamiarował Panów suchać i zemsty na chłopach nie chce”[14].

Dziedzic chojnicki musiał przeczuwać swój zły los, bo wedle miejscowych przekazów, na krótko przed krwawymi zapustami, wywiózł cały swój majątek w las zwany Konioskiem i tam zakopał. Ponoć dwanaście wołów ciągnęło wozy z majątkiem, którego dorobił się na pańszczyźnianych. Przed zabiciem swego pana chłopi chcieli wyciągnąć od niego informację, gdzie schował skarb, ale ten wypowiedział tylko proroctwo, że znajdzie go tylko ksiądz urodzony pod tym lasem. Przyśni mu się miejsce, w którym ukryty jest majątek i dzięki temu wybuduje w Chojniku kościół. A do tego czasu skarbu będzie pilnował diabeł. Tylko raz w roku można ten skarb zobaczyć. W niedzielę palmową na sumie podczas podniesienia ziemia się otwiera i złoto się suszy w słońcu. Ale dotknąć go nie można póki w Chojniku nie urodzi się kandydat na księdza. Jak na razie, ludzie dalej chodzą kościelną drogą do kościoła parafialnego w Gromniku i oglądają się na krzyż stojący z żelaznym Chrystusem, który nie chciał patrzeć w górę, jak zamyślili sobie szlachcice, by nie ściągać na chłopów gniewu swego Ojca. A kto z miejscowych by poddał w wątpliwość prawdziwość tej historii – mógł dostać po gębie, bo z obcymi takimi opowieściami rzadko się dzielono

Mijając przydrożne kapliczki (niestety coraz mniej jest tych z minionych wieków), warto zwrócić uwagę, w którą stronę patrzą ich figury, czy w ziemię, czy w niebo… Dzieła artystów osobnych wcale nie są „naiwne”, lecz konkretne i poddane logice tradycji wsi czy przysiółka, w której przyszło ich twórcom żyć. Zebrane razem tworzą palimpsest nie mniej prawdziwy od oficjalnej wykładni naszych dziejów. Paradoksalnie dostrzegł to człowiek z bardzo daleka – Niemiec, który sztukę polskich osobnych pokochał – mówiąc bez przesady – szalenie. Mowa o Ludwigu Zimmererze. Przyjechał do Polski w pamiętnym październiku 1956 roku, jako korespondent zachodnioniemieckiej prasy i tak się dziwnie splotło, że stał się miłośnikiem polskiego Art Brutu – nie tylko jednym z największych kolekcjonerów, ale i mecenasem, opiekunem i mentorem artystów osobnych, których wyszukiwał po całej Polsce. Przez ich dzieła właśnie poznawał i tłumaczył sobie ten dziwny i fascynujący dla niego kraj. Tak sam o tym pisał: „Dlaczego zacząłem to wszystko zbierać? Pewnie dlatego, że jestem analfabetą w sprawach technicznych – kilkakrotnie próbowałem nauczyć się robić zdjęcia. Podczas moich pierwszych podróży po Polsce i wędrówek po sklepach Cepelii (na początku lat sześćdziesiątych) odkrywałem dzieła artystów nieprofesjonalnych, które mnie fascynowały – patrząc na nie, miałem poczucie, że chcą mi przekazać coś ważnego. Byłem w tym okresie dość jeszcze świeżym w PRL-u korespondentem zachodnioniemieckim i rozpaczliwie starałem się zrozumieć, co się w tym kraju dzieje. Nie miałem wtedy czasu, by w skupieniu wysłuchać tego, co te rzeźby lub obrazy mają mi do powiedzenia. Gdybym umiał fotografować, pewnie robiłbym zdjęcia i chował je na spokojniejsze chwile. Ale nie umiałem, więc nie pozostawało mi nic innego jak kupowanie tych prac, w przeciwnym razie zniknęłyby bez śladu i nie mógłbym się już od nich niczego dowiedzieć”.

I jeszcze jeden wymowny fragment: „Każdy myślący człowiek ma swoich nauczycieli. Kiedy byłem bardzo młody, dużo zawdzięczałem Platonowi i św. Augustynowi, w późniejszych latach z wielką korzyścią studiowałem dzieła Marksa i Kierkegaarda. Teraz, jako dojrzały człowiek, znajduję się przede wszystkim pod wpływem Władysława Chajca, Józefa Lurki, Edwarda Błaziaka[15] […]. Praca dziennikarza jest nerwowa i z konieczności powierzchowna – ma on do czynienia z prawdami dnia dzisiejszego, które jutro już mało kogo będą obchodzić. Osobisty kontakt z twórcami sztuki nieprofesjonalnej pozwala mi szukać prawd wczorajszych, które będą ważne także pojutrze”[16]. To „pojutrze” nadal jest aktualne, bo stare sprawy wciąż ważą na teraźniejszości. Inny znakomity znawca polskiej sztuki ludowej i osobnej, Antoni Kroh w poświęconej jej książce napisał wymownie: „Od historii nie da się uciec. W ciągu długich stuleci ogromna większość mieszkańców ziem polskich pracowała pod batem, nie smakując owoców swej pracy […]. Widać to do dzisiaj. Wciąż, na każdym kroku. Dosyć się rozejrzeć”[17]. Niech nas nie mylą coraz piękniej wyglądajace wsie (zwłaszcza w Małopolsce i na Podkarpaciu) – migające zza płotów akustycznych przy autostradach. Ich murowane domy z dachami krytymi blachodachówką za ciężko zarobione w Niemczech, Austrii czy Anglii pieniądze to jeszcze nie dowód, że ich mieszkańcy zapomnieli, co znaczą takie przydrożne krzyże, jak w Chojniku lub kto poszedł za kim, kiedy się skończyła wojna, a zaczęła reforma rolna… I wciąż bywa, że ktoś zostaje wioskowym dziwakiem – Jańciem Wodnikiem, albo innym Haratykiem, ale po kolei…

Sam pójdziesz sobie na swój pogrzeb

A nad światem wisi diabeł

A pod ziemią siedzi diabeł

I w kominie i na strychu

Siedzi to diabelne licho

Cicho bardzo cicho

Na fujarce gra[18].

Można było się znaleźć na marginesie wiejskiej wspólnoty i przez politykę, z bohatera wojennego zmienić się w wyklętego – tak bywało w roku 1945, który z roku śmierci oficjalnie został zmieniony na rok zmartwychwstania i wiosny… Dwadzieścia jeden lat później Wiesław Dymny[19] napisał opowiadanie Słońce wschodzi raz na dzień, które zaadaptował na scenariusz. W 1967 roku Henryk Kluba w oparciu o ten scenariusz nakręcił film o tym samym tytule. Na pokazie przedpremierowym cenzura z oporami, ale pozwoliła puścić Słońce wschodzi raz na dzień do kinowego obiegu, jednak ktoś musiał szepnąć wyżej, co to za film, bo natychmiast tę decyzję cofnięto – ponoć sam Władysław Gomułka go oglądał i wpadłszy we wściekłość, polecił wstrzymać dystrybucję. Reżyser, by ratować film, wprowadził doń wiele poprawek. Ale dopiero po zmianie ekipy rządzącej i dojściu do władzy Edwarda Gierka, zdecydowano że Słońce wschodzi raz na dzień może trafić do kin, lecz w tak zwanym wąskim rozpowszechnianiu, czyli na seansach studyjnych i w DKF-ach. Premierę film miał 4 kwietnia 1972 roku, a Henryk Kluba wspominał po latach z goryczą: „Widz, który dziś ogląda Słońce…, tego nie wie, ale ja wiem, ile zostało zepsutych dialogów, jak zafałszowana została idea”[20].

Plakat promujący film Słońce wschodzi raz na dzień. Źródło: Gapla

Mimo tego Słońce wschodzi raz na dzień zachowało swą pierwotną (tak!) siłę ludowej przypowieści o walce starego świata z nowym, kiedy ten nowy wcale nie jest lepszy… Nie bójmy się stwierdzenia, że film Kluby jest arcydziełem i najlepszym dotychczas filmem, jaki nakręcono o tak zwanych żołnierzach niezłomnych, bo opowiadający o nich z wiejskiej perspektywy – ich „naturalnego środowiska”. Nie ma też co się dziwić Gomułce, Gierkowi i ich przybocznym, że bali się tej historii buntu góralskiej wioski przeciw „władzy ludowej”, która z bohaterskiego sołtysa Haratyka (fenomenalna rola Franciszka Pieczki) uczyniła wioskowego wyrzutka i dziada… Haratyk stał na czele beskidzkiej wsi Odkrzas leżącej u stóp góry Ochodzitej. Dumny góral nie ufał żadnej władzy, także tej idącej od wschodu: „My nie lubimy takich, co czyje, a nie swoje rozdają” – mawiał. Nie dał więc wiary partyzantom z Armii Ludowej, którzy pewnego styczniowego dnia 1945 roku zaszli do Odkrzasu i ogłosili manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Nie tylko zresztą Haratyk – cała wieś nie ufała słowom o jego dobrodziejstwach. Doszło wreszcie do kłótni, w czasie której zginął jeden z alowców. Partyzanci nie przewidzieli, że górale są uzbrojeni.

Słońce wschodzi raz na dzień; Autor: Piotr Korczyński

Po przejściu frontu przeczucia Haratyka co do nowej władzy okazały się słuszne. Urzędnicy nie chcieli pomóc góralom w uruchomieniu tartaku i cegielni; gardzili „ciemnym ludem”, dokładnie tak samo jak ich sanacyjni poprzednicy. A gdy Haratykowi dzięki szabrowniczej wyprawie na Ziemie Odzyskane bez niczyjej pomocy udaje się rozruszać tartak i cegielnię, a później otworzyć we wsi także szkołę – dostrzegają w nim groźną konkurencję, czyli „wroga ludu”. Charyzmatycznym wioskowym przywódcą zaczyna interesować się Urząd Bezpieczeństwa. Haratyk trafia w końcu do aresztu i tam przesłuchiwany jest przez miejscowego szefa UB, Gorzeła (Konstanty Lewkowicz, w opowiadaniu Dymnego nosi on nazwisko Kozieł):

„– No, a coście robili podczas wojny?

– Nic – powiedział Haratyk. – To co zawsze.

– Z okupantem walczyliście?

– Można powiedzieć tak.

– W Armii Ludowej, czy jak?

– Tak po prawdzie tośmy zastrzelili koło setki Niemców, bo się nam ich konie podobały – powiedział Haratyk.

– No właśnie. Dla sprawy koni pogrzebaliście sprawę wyzwolenia narodowego. Tak jak krwawy kat Tito sprzedał lud za kilka dolarów. I dlatego chcę wam powiedzieć Haratyk, nie jest za późno, aby wrócić ze złej drogi. Cegielnię i tartak upaństwowimy, wy się zapiszecie do partii i wybijecie sobie z głowy takie tam samowolne organizowanie mas ludowych. Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam i my już z tym damy sobie radę, i pokażemy, jak rewolucyjny lud karze zdrajców i kontrrewolucjonistów. My chcemy wam, Haratyk, pomóc. Zgoda?.

– Nie – powiedział Haratyk.

– Co nie? – zdziwił się Kozieł.

– Ani cegielnia, ani tartak, ani nic nie będzie wasze. To jest nasze. «Własność ludu», tak jest napisane na bramie i nikt nam tego nie odbierze, dopóki ja jestem Haratyk.

– Dajemy wam tydzień czasu do namysłu – powiedział Kozieł i zawołał, żeby wyprowadzić Haratyka”[21].

Jak było do przewidzenia, Haratyk nie zmienił zdania. Wręcz przeciwnie, rozkazał swym ludziom zniszczyć i tartak, i cegielnię, a następnie wszyscy z bronią poszli do lasu. Tam trzymali się długo, aby wreszcie ulec zmasowanym siłom UB, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i milicji. Haratyk poszedł do więzienia na długie lata. Do 1956 roku siedział, jak skrupulatnie zanotował Wiesław Dymny. Przytoczony fragment z opowiadania Słońce wschodzi raz na dzień ukazuje dobrze znaną i udokumentowaną perfidię totalitaryzmu, który podszywał się pod władzę ludową. Haratyk stał się ofiarą stalinizmu jak tysiące mniej lub bardziej jemu podobnych. Mimo siły charakteru, mimo zasług dla swej społeczności po powrocie do Odkrzasu był już tylko wioskowym dziadem, do którego starzy się nie przyznawali, a którego młodzi nie pamiętali…

Ryszard Filipski, Stanisław Gronkowski, Słońce wschodzi raz na dzień, Autor: Tadeusz Kubiak, Prawa: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Scenariusz Wiesława Dymnego i muzyka Zygmunta Koniecznego w Słońce wstaje raz na dzień przenoszą nas w świat niby powojenny, ale jakby przetworzony przez ludową klechdę. Podobnie jest z obrazem. Zdjęcia Wiesława Zdorta, praca kamery Mieczysława Lewandowskiego i montaż Mirosławy Garlickiej-Jaworskiej burzą, najprościej mówiąc, percepcję rzeczywistości. Perspektywa, jak w dziełach wiejskich artystów osobnych, poddana jest prawom emocji, a nie prawom fizyki. Bywa, że bohaterowie filmu stają się fizycznie potężni, jak olbrzymi z obrazów Goi, którzy nieświadomi swej wielkości szerzą przerażenie w okolicy, przez którą przechodzą. Niezapomniana jest między innymi scena przejścia przez Odkrzas sowieckiego frontu, kiedy gigantyczny czołg, jakby przedpotopowy smok lub gad z Apokalipsy, strzela do uciekających Niemców.

Za tym wszystkim stał dobrze znany chłopom – czart. Wiesław Dymny, wzorem ludowych przypowieści, złem szerzącym się w Odkrzasie obarczył też diabła, który bliżej jest ludzi niż Bóg. „– Co to jest, że na Ochodzitej diabły zaczęły tańcować? – dziwi się Waliczek (Bogusław Sochnacki). – One tańcują, gdy czują w powietrzu krew – powiedział Moskała (Zdzisław Maklakiewicz)”. Taki dialog prowadzą sobie mieszkańcy Odkrzasu, kiedy w styczniowy dzień do wsi wchodzą alowcy z „dobrą nowiną” z Lublina. Był diabeł obecny i w scenie finałowej, kiedy UB i KBW rozbiło góralski oddział, a jego osaczony harnaś – Haratyk, szedł, by się poddać: „Szedł do zakrętu, za którym leży wielki głaz. Skała z wybitym, wielkim jak chleb kopytem. To jest kopyto diabła od czasu, kiedy ten diabeł gonił Ondraszka. Ondraszek w tym miejscu przeskoczył Czadeczkę, a diabeł nie mógł tego zrobić, więc chciał w niego rzucić tą skałę. Ale skała była za Ondraszkiem i nie dała się podnieść, więc diabeł z wściekłością kopnął ją i zostało wypalone na tej skale jego kopyto. Jest ono do dziś. […] Jest to świeży ślad, jakby dzisiaj przybita pieczątka”[22]. Za tą skałą czekali na Haratyka ubowcy, którzy zakuli go w kajdany i poprowadzili w dolinę na długie więzienie[23].

Nunczako, czyli cepy

Haratyk z sołtysa stał się dziadem – musiał „sam iść sobie na pogrzeb” – jak głosi ludowe przekleństwo[24]. No i poszedł… Może Haratyk, to dziad z Konopielki (reż. Witold Leszczyński, 1981)? Twarz ta sama – Franciszka Pieczki[25], a i gadka jednaka – przestrzeganie przed nowym, za którym kryje się diabeł. „Ech, widzę, że już nigdzie pokoju nie ma…, nawet u was diabeł penietruje…”. I wieszczy dalej dziad w chałupie Kaziuka (równie co Franciszek Pieczka fenomenalny Krzysztof Majchrzak): „Od porządku ludkowie moi jest Pambóg – On pilnuje, żeby wszystko szło jak trzeba i było jak na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków amen. A diabeł chce zmieniać. Ulepszać. Słyszycie? – ulepszać. Już jemu mało, że krowa cieli się; gdzie tam, on chce żeby się źrebiła. Ooo, do czego idzie… Krowy będo się źrebili, kobyły cielili, owieczki prosili, chłop z chłopem spać będzie, baba z babą, wilki latać będą, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, a zajdzie na wschodzie!”. I iści się to przekleństwo niespodziewanie w kaziukowej „chołpie”, w której zamieszkała młoda „uczycielka”… Wszyscy pamiętamy finałową scenę, w której Kaziuk owładnięty „nowym”, zamiast jak „Pambóg” przykazał, kosić żyto sierpem, wziął i zaczął go siec kosą[26].

Swą Konopielkę Witold Leszczyński kończy jak Georg Roy Hill Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida zatrzymując nagle swych bohaterów przed sceną ostatecznej konfrontacji, ale dalsze losy Kaziuka (także świetnie zagranego przez Majchrzaka) poznajemy w innym filmie Leszczyńskiego – Siekierezadzie, która swą premierę miała w 1986 roku[27]. Tu Kaziuk – oszalały z bólu i miłości do niewiernej żony – rąbie siekierą stoły na wiejskiej zabawie. Straszny jest w swym widzie, w swym zapamiętaniu do kobiety, która niewarta jest jego uczucia. Taka nieszczęśliwa miłość także może uczynić z szanowanego gospodarza, ba – nawet kowala! – dziada i wiejskiego autsajdera… Spotkałem i takiego, a nawet dwóch – rodzonych braci. Edek był kowalem; Kazik miał zostać inżynierem.

„Jak się wszystko dziwnie plecie” – życie z filmem, a film z życiem. Tak, bo i kino miało w życiu wsi swoje znaczenie bez mała magiczne. Kino objazdowe[28], albo seans w bieckim kinie Farys – mogło zmienić człowiekowi życie, choćby odcinek Czterech pancernych i psa… W latach siedemdziesiątych (i kolejnych także) po wsiach wciąż jeszcze dużo było pochowanej broni. Opowieści o tym, że podczas pożaru straż czekała z gaszeniem domu, aż pod jego dachem wybuchnie cała amunicja nie były wcale przesadzone, a już na pewno tyczyło się to Kuźni. Dwaj młodzi kowale, z dwóch sąsiednich wiosek rywalizowali z sobą, który jest lepszy i był to spór odziedziczony po swych ojcach i dziadach. Po seansie w remizie, kiedy operator zwinął już płótno ekranu, Edek zapowiedział Gienkowi, że pokaże mu w jego własnej kuźni, iż jest taki odważny jak załoganci Rudego 102 – i ich spór raz na zawsze będzie skończony. Gienek zaintrygowany, przystał na to i zaprosił Edka honorowo na wódkę w swojej kuźni – niech pokazuje.

Kowal Edek; Autor: Piotr Korczyński

W umówiony dzień zeszli się w kuźni Gienka pod Kozią Górką. Było i kilku innych chłopaków, ciekawych co Edek pokaże – każdy z flaszką bimbru. Edek też z Babieńca przyniósł w jednej kieszeni butelkę samogonu, a w drugiej – granat. Odsunęło się towarzystwo od niego, a do Gienka powiedział, by dawał garnek z wodą, że w nim ten granat ugotuje na palenisku kuźni jak jajko na twardo. Jak powiedział tak zrobił. Gienek z kolegami wyszli na zewnątrz i obserwowali przez okienko i szpary w ścianie poczynania śmiałka. A Edek jednostajnymi ruchami miecha podtrzymywał ogień na palenisku, aż woda zaczęła wrzeć. W tym momencie mężczyznom puściły nerwy i odskoczyli od ściany kuźni. Za chwilę usłyszeli wybuch. Gdy wbiegli do środka i podnieśli leżącego kowala okazało się, że odłamki wybiły mu oko, urwały trzy palce u ręki i kawał stopy. Edek stał się inwalidą wojennym trzydzieści lat po wojnie, ale rywalizację z Gienkiem wygrał – do niego więcej zaczęło gospodarzy zajeżdżać, by podkuwał im konie. Dlaczego? A z czystej ciekawości, by zobaczyć szklane oko kowala. Edek wiedział co robi, póki się nieszczęśliwie nie zakochał.

Edek pochodził z bogatego domu. Jego ojciec jako pierwszy gospodarz we wsi miał po wojnie traktor. Tyle tylko, że Edek był trunkowy bardzo, a o ożenku zaczął myśleć po czterdziestce – na wsi późno, dużo za późno. Któregoś lata, gdy pomagał w omłotach u jednego gospodarza, wpadła mu w zdrowe oko jego córka. Wprawdzie nie była ani zbyt urodziwa, ani mądra – ledwo skończyła podstawówkę, ale potrafiła przygadać „po łacinie” tak, że chłopy bledli, paliła popularne i wypić też mogła niezgorzej. Edek zakochał się na zabój, a ojciec był mu przychylny, bo kowal miał spory kawałek pola i solidne zabudowania gospodarcze nie licząc kuźni. Dziewczynie jednak nie w głowie, a tym bardziej w sercu był Edek. Osiemnastolatka kochała Bruce’a Lee. Edek miał pecha, bo nawet on ze wszystkimi swoimi granatami schowanymi pod dachem kuźni (i karabinem trzymanym w ulu) nie mógł się równać z tym Chińczykiem. Po obejrzeniu Wejścia smoka w kinie Farys w Bieczu (objazdowe nie miały takiego repertuaru) zrobiła sobie z dwóch kijów i sznurka nunczako i nie rozstawała się z nim ani na krok, ćwicząc nim walkę gdzie popadnie. Zaiste był to dziwny widok, gdy za fikającą z dwoma kijami dziewczyną w dżinsach kuśtykał dojrzały mężczyzna w baranicy na głowie i długim wełnianym płaszczu. Edek był tak zakochany, że nie widział niczego i był głuchy na wszystko, nawet na drwiny niedawnych kolegów od kieliszka. Skończyła się ta historia klasycznie, czyli źle – rozpił się kowal kompletnie, zamknął kuźnię[29], zdziadował gospodarkę, a gwoździem do jego trumny stał się traktor po ojcu, który rdzewiał w pokrzywach przy drodze. Musiał go ktoś wypatrzyć, przejeżdżając tą drogą, bo któregoś dnia zawitało w obejściu Edka dwóch Niemców i zaoferowali za grata tak zawrotną sumę pieniędzy, że Edek po jej zainkasowaniu rozpił się kompletnie i jego wątroba tego już nie wytrzymała. W ostatnich latach życia, czyli dziewięćdziesiątych, ten gospodarski syn, jak proszalny dziad żebrał na butelkę taniego wina pod sklepem, by je wypić razem z… Zebem Macahanem – tak dzieci ochrzciły jednego z pijaków zafascynowane serialem Jak zdobywano Dziki Zachód[30]. Traktor, jako unikat, cieszy pewnie zwiedzających jakiegoś muzeum techniki w Niemczech, a może też jest jako rekwizyt wypożyczany do filmów – kto wie…

Kowal Edek miał starszego brata Kazika, jeszcze bardziej uzdolnionego technicznie. Kazik dostał się na Politechnikę Krakowską, ale tam tak nieszczęśliwie zakochał się w miastowej pannie, że popadł w obłęd. Wrócił na wieś i wegetował jeszcze długie lata w „chołpie w paryji” pamiętając o tej jednej, która go nie chciała – wreszcie się powiesił. Gdy wspominam Kazika, to przypomina mi się Michał Toporny (Franciszek Trzeciak) z arcydzieła Grzegorza Królikiewicza Tańczący jastrząb z 1978 roku[31]. Jest Toporny bohaterem archetypicznym dla historii wsi – wiejski syn, który ma aspiracje, chce zdobyć wykształcenie i pozycję, ale ceną jest zerwanie ze swą wiejską wspólnotą, dla której staje się nie tylko obcym, ale i wrogiem… Taniec jastrzębia to kołowanie na niebie. Toporny jest w zaklętym kręgu – mimo wszystkich awansów, okupionych gorzkimi wyborami, wraca skąd wyszedł – do rodzinnej rudery – „chołpy w paryji”, którą na końcu niszczą jego synowie. Dla wsi Toporny stał się renegatem po tym, jak chciał im podarować – w swym mniemaniu – „złoty róg” postępu, a został mu w rękach tylko sznur. Odrzucony przez „rodaków” ze wsi; odrzucony przez panów z miasta zginął. Otwartym pozostaje kwestia, co z jego synami, przyrodnimi braćmi, których ojciec był małorolnym chłopem z rzeszowskiego, czy czeka ich życie, jak w „powidokach” Grzegorza Królikiewicza… Na pewno obaj wiedzą jedno: „Trza być w butach na weselu”, jeśli nawet uwierają[32]!

Kosa na sztorc

Dwóch wielkich reżyserów filmowych zmierzyło się z dramatem Wesele Stanisława Wyspiańskiego – pierwszą adaptację spod ręki Andrzeja Wajdy z 1973 roku zgodnie okrzyknięto arcydziełem; drugą – Wojciecha Smarzowskiego z 2004 roku uznano za udaną satyrę społeczeństwa wiejskiego zagubionego w nowej globalnej rzeczywistości. Niektórzy krytycy sarkali, że to satyra zbyt przerysowana i nieprawdziwa. Mylili się. Smarzowski nakręcił nie mniej poważną wersję Wesela niż mistrz Wajda, a może z ducha nawet i bliższą zamysłowi Wyspiańskiego. Wojciech Smarzowski wychowywał się niedaleko Biecza, Tarnowa i Gorlic (urodził się w Korczynie), więc dobrze zna specyfikę tego wyjątkowego „porabacyjnego trójkąta”. Nie, jego Wesele nie jest żadną satyrą – nie wszystko co budzi śmiech, jest komedią, to wiedzieli dobrze już Szekspir, Molier i Wyspiański też o tym pamiętał. Film Smarzowskiego jest kreacją, ale gdyby stanął z kamerą jak dokumentalista (tylko niewidzialny), na którymś weselu pod Jasłem, to powstałby równie dobry film, a może jeszcze lepszy – krytycy w Warszawie czy Krakowie krzyczeliby jeszcze głośniej, że to niemożliwe, by wódka tak „smaczyła”, bigos był zepsuty, a na zapleczu sali weselnej wybiło szambo! No i jeszcze ten gospodarz Wiesław Wojnar (Marian Dziędziel), który jest zdolny diabłu zaprzedać duszę, byle tylko cała okolica mówiła przez najbliższe dwa miesiące jakie to córce wyprawił weselisko…

Kosa; Autor: Piotr Korczyński

Powiadają, że chłop głupi,

Nie posiada żadnej szkoły,

Rząd podatki z niego łupi

I buduje kryminały.

Jasielsko policja

Sami kołodzieje,

Komendant skurwysyn,

A reszta złodzieje[33].

Tak, sami z siebie się śmiejemy, oglądając Wesele Smarzowskiego – panią młodą w ciąży, pana młodego, który dał przekonać się do ożenku drogim samochodem, księdza opowiadającego dyrdymały z kazalnicy i łasego na pieniądze, gospodarza i gospodynię – państwa Wojnarów stwarzających pozory wzorcowej rodziny we wsi… No i najważniejsi – miejscowi notable – prócz księdza, weterynarz, notariusz, policjanci – sami „kołodzieje”. Jedynie dziadek panny młodej trzyma się zasad. Komplikuje cały plan Wojnara, twardo i uparcie mu powtarzając: „Zimi nie łoddom”, którą to ojciec panny młodej przeznaczył jako zapłatę gangsterom za drogi samochód.

Wydaje się, że oto Smarzowski pokazuje już wspólnotę wiejską po jej rozpadzie, całkowitej degrengoladzie, którą mają podkreślić „przebitki” z wiszącym w magazynku remizy obrazem Grottgera, czy ożywione pastele Wyspiańskiego (śpiące dzieci). Oglądamy to wszystko z dwóch perspektyw – „kamery głównej” i kamery weselnego kamerzysty – człowieka, który tak jak gangsterzy jest (jednak nie do końca…) z zewnątrz tej wspólnoty. To co „kameruje” jest niczym didaskalia w sztuce – nadaje sens i określa daną scenę.

Chwoliłaś się Maryś,

Że twój Jaś urodny,

Siedzi kot na piecu

Do niego podobny.

Idź Marysiu do ogródka,

Podziękujże kwiatkom,

Żeś się już wydała,

Nie zostałaś ciotkom.

Widziołem jo Maryś w lesie,

Jak twój wionek bocian niesie,

Jo mu mówie połóż, połóż,

A on dalej ponius, ponius,

Polic se Marysiu,

Wszystkie kicki w dachu,

Tyle bedzies miała

W piersą nockę strachu.

Strach, żeby się nie wydało… Strach, żeby się nie śmiali… Strach, żeby się nie zostało odrzuconym… Strach powoduje Wojnarowym postępowaniem, ale i nie tylko. Ma dobre intencje – chce pomóc córce, która pogubiła się w nieszczęśliwej miłości – lecz wiadomo co jest brukowane dobrymi intencjami… Złe ciągnie go na manowce i wciąga w matnię. Po kolei traci wszystko – majątek, żonę, która odchodzi z dawnym narzeczonym, córkę, która dowiaduje się prawdy o „transakcji” z panem młodym. W jednej chwili z szanowanego gospodarza („Wojnar jestem”) zmienia się w pariasa – to wszystko, czego się obawiał, dopadło go. „Trza być w butach na weselu” – mówi nad ranem do nielicznych, potrafiących jeszcze ustać na nogach weselników. Kładzie na stole but złodzieja, który znalazł w schowku zamiast pieniędzy i kończy wesele. „Wypierdalać!” – krzyczy do weselników. „Sam pójdzie sobie na pogrzeb”:

Turbują się ludzie o mnie,

Że nie mają miejsca dla mnie,

A ja miejsce sobie zrobie

Na cmentarzu w ciemnym grobie.

Nie będe się już żeniuł,

Bo mi baby nie trza,

Wole na tym zbożu

Wychować se wieprza.

Nie będę się już żeniuł,

Aż mi sto lat minie,

Aż mi się kutasik

W obwarzanek zwinie.

Skorołeś mnie Boże,

Ale nie wiem za co,

Czy za jedną nockę,

Czy za całe lato.

Plakat promujący film Wesele Wojciecha Smarzowskiego. Źródło: Gapla

Wojnar przegrał, został potępiony, wyśmiany, spadł na dno. „Ostał mu się jeno sznur…”. Nie! Wcale nie. Czeka na niego „chołpa w paryji” – dom zły[34], omijany z daleka – dom dla odmieńca, dziwaka, dawnego gospodarza, który tak został potępiony, że już tylko może zostać świętym… Kaziu Patyk, Fioletowy Mietek, Jańcio Wodnik, Haratyk, Kaziuk, kowal Edek, Michał Toporny, Wiesław Wojnar[35]… Na koniec, zamiast puenty, zbyt oczywistej, że dobry film o wsi nie może obejść się bez wątku wioskowego dziwaka, którego życie, jak w soczewce, skupia los całej gromady, przedstawię Szczepana Muchę, który po swojemu odkrył, że diabeł na wsi jest „częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”[36].

Szczepan Mucha urodził się 16 grudnia 1908 roku w biednej, wielodzietnej rodzinie we wsi Stępień w powiecie sieradzkim. Jego rodzice gospodarowali na sześciu morgach piachu, a do wyżywienia mieli aż dziewięcioro dzieci. Dla Szczepana starczyło pieniędzy na jedynie trzy klasy szkoły powszechnej. Z ożenkiem musiał czekać jak na owe czasy bardzo długo, bo do trzydziestego roku życia, z prozaicznego, a wielce przykrego powodu – jego rodzice nie mieli pieniędzy na wesele. Kiedy je wreszcie uzbierali, ożenił się z córką bogatego gospodarza z Szal. Myślał wtedy, że złapał Pana Boga za nogi, że dzięki temu jego sytuacja się poprawi. Ale żona otrzymała niewielkie wiano, bo rodzeństwa miała jeszcze więcej niż pan młody – jedenaścioro.

Nowożeńcy zamieszkali u teściów w Szalach, a Mucha wrócił do swej ulubionej pracy w lesie. Tutaj od najmłodszych lat czuł się najlepiej. Terminował jako robotnik leśny, drwal, wreszcie został pomocnikiem gajowego. Po roku małżeństwa urodził mu się syn, ale szczęście rodzinne przerwał nagle wybuch wojny we wrześniu 1939 roku. Niemcy wywieźli Szczepana Muchę na przymusowe roboty do Rajchu, gdzie pracował u różnych bauerów. Po wojnie wrócił do domu i pracy w lesie. W 1958 roku awansował na gajowego i zaczął budowę domu. I w tym momencie spadło nań nieszczęście, które nim wstrząsnęło i zarazem obudziło w nim artystę. Przez donos zawistnych sąsiadów został aresztowany za kłusownictwo. Milicja znalazła w jego domu zwierzęce skóry i drewno bez kwitów wywozowych z lasu. Starał się to wytłumaczyć, ale nie uwierzono mu. Stanął przed sądem i przesiedział w więzieniu sześć miesięcy. Gdy wyszedł na wolność, nie mógł sobie poradzić z poczuciem krzywdy, nie potrafił wybaczyć sąsiadom – odsądzał ich od czci i wiary; bluźnił. „Zrobiłeś się jak diabeł” – denerwowała się żona. „Diabeł ma swoją sprawiedliwość!” – odpowiadał ze złością i odgrodził się od wsi „diabelskim” płotem. A żeby małżonce udowodnić, że diabeł też ma uczucia, wyrzeźbił go w pozie Chrystusa frasobliwego. Rzeźbienie miało dla niego jeszcze jeden, praktyczny cel. Jak sam opowiadał, chciał wszystkie deski i słupy na swojej posesji oznaczyć – przerobić tak, aby już nikt go nie oskarżył, że przywłaszczył sobie jakieś drewno, wywiózł je z lasu.

Ten magiczny krąg miał odstraszyć wrogów od domu i rodziny Szczepana Muchy, ale nie wszystkim jego diabły dały radę. Jak w popularnym przysłowiu: „gdzie diabeł nie może…”, zamiast odstraszyć, diabły przyciągnęły sąsiadki dewotki, które pastwiły się nad jego żoną, że jej mąż zaprzedał się piekłu. Gajowy wyrzeźbił więc dwóch mężczyzn z potężnymi fallusami i ustawił w centrum podwórka. Sąsiadki na widok Chuliganów, jak Mucha nazwał nowe rzeźby, aż zapowietrzyły się z oburzenia, ale i przestały nachodzić jego dom.

Szczepan Mucha przez świat artystyczny został odkryty późno, bo dopiero po czternastu latach wytrwałego rzeźbienia, kiedy miał już sześćdziesiąt cztery lata. W 1972 roku jego rzeźby trafiły na konkurs i wystawę Rzeźby i zdobnictwo ludowe regionu sieradzkiego zorganizowane przez Muzeum w Sieradzu. Zdobył pierwsze miejsce, a specjaliści byli zachwyceni jego pracami, tak różnymi od figurek pozostałych artystów. Rzeźby, które pokazał były proste, wręcz prymitywne – ciosane siekierą i piłą w masywnych sosnowych klockach. Tylko niektóre posiadały jeszcze ślady obróbki nożem. Prawie wszystkie przedstawiały masywne stojące lub siedzące postacie ludzkie z dużymi głowami o wyraźnie zarysowanych oczach, nosie i ustach, podkreślonych ponadto czarną, białą i czerwoną farbą. Większość rzeźb pokryta była czarnym pokostem lub same ściemniały na wietrze i deszczu, co potęgowało wrażenie, że to jakieś demony zamknięte zostały w sosnowych klockach. Szybko sugestywne diabły i łotry Muchy zaczęły wędrować po wystawach całego kraju. Rzeźbiarz miał satysfakcję, że miastowi podziwiają i kupują jego dzieła, tym większą że wiadomości o tych sukcesach dochodziły do sąsiadów w rodzinnych Szalach. Ale i w mieście czasami rzeźby Muchy wywoływały kontrowersje. Gdy w 1974 roku Mucha przywiózł je na Jarmark Płocki, organizatorzy uznali, że są zbyt obsceniczne i nie pokazali ich publiczności. Zamknięto je w magazynie twarzami do ściany, na wszelki wypadek, by nikogo nie zgorszyły.

Mimo sukcesów artystycznych, Szczepan Mucha do końca życia pozostał małomównym i surowym wobec siebie człowiekiem. Nie uważał się za artystę, lecz za „rolnika zżytego z ziemią i lasem”. Rzeźbiarz zmarł 8 lutego 1983 roku w Szklarskiej Porębie i tam go pochowano.

Nie turbuj się Bronciu,

Nie bedzies mieć głodu,

Jest tam u Szczepana pełno góra bobu,

Pełno góra bobu,

I to chrobacnego,

Nie bedzies kupować

Omasty do niego.

Drodzy państwo,

Proszę się nie gniewać,

Bo to na weselu,

Choć co można śpiewać.

  1. Od wsi Binarowa pod Bieczem. Wieś znana jest z zabytkowego kościoła pod wezwaniem św. Michała Archanioła z początku XVI wieku i bytności w niej Mirona Białoszewskiego.

  2. W wioskach między Tarnowem a Gorlicami mianem „paryji” określa się parów porośnięty lasem, a „dzioł” to płaskowyż, najczęściej pusty, oddzielający jedną wieś od drugiej. Dzioł porównać można do biblijnej pustyni, na której można było spotkać złego ducha i za którą był już inny świat, obcy ludzie. Czyli za dziołem była inna wieś.

  3. Wieś w Małopolsce.

  4. Takich „wioskowych filozofów” siedzących na ławeczce przed sklepem, rozprawiających o meandrach życia między jednym a drugim łykiem taniego wina można zobaczyć między innymi w Ranczo (2006–2009 i 2011–2016) – niezwykle popularnym serialu telewizyjnym w reżyserii Wojciecha Adamczyka opowiadającym o przemianach społecznych w podlaskiej wsi Wilkowyje („gra” je wieś Jeruzal). Wilkowyje mają też swego „dziwaka” – Kusego (Paweł Królikowski), acz nie jest to artysta ludowy czy osobny, lecz „miastowy”, po akademii – zdarzali się i tacy… Jednego z „filozofów” – Stanisława Japycza gra Franciszek Pieczka.

  5. Które swą premierę w Polsce miały w 1979 roku.

  6. W tym samym roku, co Jańcio Wodnik – 1993 – swą premierę miał jeszcze Magneto, którego jednak obejrzałem znacznie później i nie w rzeczonym kinie.

  7. Chodzi oczywiście o markę samochodu.

  8. Lub z angielska – Outsider Art.

  9. O obu powstały znakomite filmy: Mój Nikifor (2004) Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze oraz Angelus (2001) Lecha Majewskiego. Piewcą plebejskiego Śląska był Kazimierz Kutz, który w wywiadzie dla Danuty Karcz tak opowiadał o śląskich „prymitywach”: „Malarstwo artystów niedzielnych – często robotników – spełnia podobne funkcje społeczne i estetyczne jak malarstwo profesjonalistów. Więcej, jest ono nobilitowane przez swoje wartości estetyczne, przez ujawnione umiejętności, przez przejaw talentu. Ale czas najwyższy skończyć z takimi podziałami, że jest jakaś sztuka ludowa i jakaś wyższa, ta jest gorsza, a ta lepsza, ta popierana, a tamte nie. Na przejaw działalności artystycznej trzeba patrzeć z tej jednej perspektywy: czy jest ona autentyczna w swoim talencie, w kreacji. Śląsk jest rejonem mało przetrawionymi przez sztukę w ogóle, a sztuka tradycyjna ludowa obywała się bez jakichkolwiek zapisów. Mnie interesuje ta sfera doświadczeń społecznych, która wiąże się z uprzemysłowieniem. Bo na tym polega wielki fenomen Śląska, że podlega on już od stu lat wielkiemu procesowi cywilizacyjnemu. I tutaj ta kultura chłopska, pod nieobecność przez sześć wieków polskości, nie tylko w swych przejawach artystycznych, ale w sensie ogólniejszym – jako kultura bycia, kultura światopoglądowa, ideały, poglądy obyczajowe, etyczne – wzięła się z wielowiekowej tęsknoty do Polski”. Moja powinność i moja szansa, z Kazimierzem Kutzem rozmawia Danuta Karcz, https://akademiapolskiegofilmu.pl/pl/historia-polskiego-filmu/artykuly/moja-powinnosc-i-moja-szansa-rozmowa-z-kazimierzem-kutzem/143 [dostęp: 2.05.2022].

  10. Jak „hartowało” się Mazowsze można zobaczyć między innymi w Zimnej wojnie Pawła Pawlikowskiego z 2018 roku. Dzięki miłości pianisty Wiktora (Tomasz Kot) i pieśniarki Zuli (Joanna Kulig) dochodzi do synkretyzmu jazzu i muzyki ludowej. Ten film to nie tylko melodramat na tle dramatycznej historii powojennej Polski, ale i hołd dla wszystkich etnografów, muzykologów i animatorów kultury, którzy szli „w lud”, by ocalić jak najwięcej z jego tradycji.

  11. W. Dymny, Słońce wschodzi raz na dzień i inne utwory, wybór i opracowanie Zbigniew Bela, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 33.

  12. Wszystkie cytaty z Wesela Stanisława Wyspiańskiego pochodzą z wydania Biblioteki Narodowej Ossolineum – Wrocław 1994.

  13. Przyśpiewka zasłyszana w jednej z podtarnowskich wsi.

  14. Agata Świeboda, Opowiem wam historię, maszynopis.

  15. Trzej artyści osobni.

  16. W 1978 roku Andrzej Wajda nakręcił film dokumentalny o Zimmererze i jego kolekcji – Zaproszenie do wnętrza. Tytułowe wnętrze, to warszawskie mieszkanie kolekcjonera, którego ściany i sufit zapełniają rzeźby i obrazy artystów osobnych. Tak o tym filmie pisał Zimmerer: „W trakcie naszej współpracy okazało się jednak, że przy całym wzajemnym szacunku, nasze wyobrażenia na temat powstającego dzieła bardzo się różnią. Aby uniknąć nieporozumień, w końcu każdy z nas zajął się tym, co do niego należało – Wajda kręcił dokument o kolekcji i kolekcjonerze, ja robiłem notatki do jakiegoś, prawdopodobnie niewykonalnego obrazu filmowego na temat sztuki nieprofesjonalnej we współczesnej Polsce. Cytowane fragmenty pochodzą z książki Ludwiga Zimmerera Zaproszenie do wnętrza, które dla dwutygodnika.com wybrała jego córka, Katarzyna Zimmerer, https://www.dwutygodnik.com/artykul/4644-zaproszenie-do-wnetrza.html [dostęp: 4.05.2022]. O wątkach ludowych w filmach Andrzeja Wajdy można by napisać osobny tekst. Z czego mogło wynikać nieporozumienie, o którym wspomina wyżej Zimmerer? Być może chodziło o to, że Wajda postrzegał ludowość poprzez polską literaturę i malarstwo – Wyspiańskiego, Malczewskiego, Iwaszkiewicza, Reymonta i w tych dziełach oraz swych filmach szukał klucza do zrozumienia sztuki osobnych. Widać to wyraźnie w Zaproszeniu do wnętrza – kamera Mistrza „wychwytuje” z kolekcji przede wszystkim rzeźby przedstawiające postacie historyczne.

  17. A. Kroh, Wesołego Alleluja Polsko Ludowa, czyli o pogmatwanych dziejach chłopskiej kultury plastycznej na ziemiach polskich, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014, s. 259.

  18. W. Dymny, dz. cyt., s. 33.

  19. Dymny urodził się na nowogródczyźnie, ale dzieciństwo spędził w Jaworzu pod Bielskiem-Białą i wiele czerpał w swej twórczości z tamtych okolic. Swym debiutem literackim – Opowiadaniami zwykłymi z 1963 roku, uhonorowanymi nagrodą im. Kościelskich, wywołał w Jaworzu prawdziwy skandal. Ni mniej ni więcej, opisał w Opowiadaniach swych sąsiadów z imienia i nazwiska, kreśląc – jak to Dymny – ich portrety często w bardzo krzywym zwierciadle…

  20. Haratyk i inni, z Henrykiem Klubą rozmawia Marek Hendrykowski, [w:] Debiuty polskiego kina, red. M. Hendrykowski,Przegląd Koniński, Konin 1998, s. 146.

  21. W. Dymny, dz. cyt., s. 24.

  22. Tamże, s. 33.

  23. Reforma rolna – wielki filmowy temat, który wciąż czeka, jak ziemia odłogiem… Choć prócz wspomnianych Pogrzebu kartofla Słońca wstającego raz na dzień koniecznie trzeba tu wspomnieć Klucznika Wojciecha Marczewskiego z 1979 roku (na motywach dramatu Wiesława Myśliwskiego o tym samym tytule) z wielkimi kreacjami Wirgiliusza Grynia (klucznik Kazimierz) i Tadeusza Łomnickiego (hrabia).

  24. Ci, nazwijmy ich – dziadowie polityczni (w odróżnieniu od dziadów proszalnych) pojawiali się po każdym powstaniu narodowym lub wojnie – kiedy sprawa polska przegrywała, a ci włościanie, którzy się za nią opowiedzieli, byli przegrani podwójnie – bo nie dość, że prześladowali ich zaborcy czy okupanci, to zdarzało się, że byli dyskryminowani przez własną gromadę lub żyli na jej marginesie, pomimo swych zasług. Dobrym tego przykładem jest powstaniec styczniowy Kuba Socha z Chłopów Władysława Reymonta. W pamiętnym serialu i wersji kinowej Chłopów (serial – 1971–1972, film – 1973) wyreżyserowanych przez Jana Rybkowskiego w rolę Sochy wcielił się Tadeusz Fijewski.

  25. Zwróćmy uwagę, że dziad przeklinający wieś pojawia się i w Jańciu Wodniku – tym razem gra go Olgierd Łukaszewicz.

  26. Dla niektórych, zwłaszcza młodszych czytelników, żniwna „rewolucja” Kaziuka może być dziś mało czytelna. Chodziło o to, że sierpem ścinało się jedynie kłosy, a dopiero pozostałą słomę – kosą. Mniemano, że w ten sposób mniej się marnuje ziarna. Ale innowacja Kaziuka polegała jeszcze na jednym – do kosy dołączył specjalny podbierak, który układał zboże w łany – łatwiej było je odbierać i wiązać w snopki. Tak udoskonaloną kosę rozpropagowali w początkach XX wieku na ziemiach polskich, najpierw w Galicji, zdemobilizowani żołnierze, którzy wracając po latach służby w ck armii przywieźli z „naddunajskich krajów” umiejętność posługiwania się tym narzędziem. Także im nie było łatwo zaszczepić tej „nowinki” ze świata, co zresztą powtarzało się i na kolejnych etapach modernizmu polskiej wsi. Dobrze pamiętam, z jakimi oporami – z tego samego powodu, co przy sierpie i kosie – przyjmowana była snopowiązałka w miejsce kosiarki i to samo było, kiedy tę zastąpił kombajn. Wieś jest konserwatywna, czy się komuś to podoba, czy nie.

  27. Edward Stachura, syn chłopskiego emigranta do Francji, który po wojnie z całą swą rodziną wrócił do kraju, choć zjeździł pół świata – od Meksyku po norweskie fiordy, najwięcej w swej poezji czerpał z polskiej prowincji. Był jednym z czołowych poetów, którzy ją opiewali poematem, wierszem i piosenką. Gdzie by nie był, nie mógł się od tego tematu oderwać – na przykład Siekierezadę pisał w Meksyku… Można wspomnieć, że także Andrzej Wajda planował zrobić o Stachurze film, ale zarzucił ten pomysł i nakręcił Człowieka z żelaza. Dziś biografia Stachury wciąż może intrygować filmowców, między innymi dlatego, że udało mu się być w PRL-u apolitycznym. …

  28. Motyw kina objazdowego poruszał między innymi Jan Jakub Kolski w Historii kina w Popielawach (1998). Warto też sobie przypomnieć Kino objazdowe Stanisława Jędryki z 1988 roku z Andrzejem Pieczyńskim i Dorotą Kamińską w rolach głównych – przejmujący to obraz prowincji (w tym wypadku Bieszczadów) schyłkowego okresu PRL-u.

  29. Dla dzieci było to miejsce magiczne. Czego tam nie było! Prócz narzędzi kowalskich, kowadła, można się było bawić niemieckimi i rosyjskimi hełmami, które porzucili tutaj żołnierze obu armii, starymi podkowami, śrubkami, nakrętkami i ufnolami, czyli gwoździami do końskich podków. Wysoko pod dachem widać było zatknięte za belkę bagnety. Każdy, bez wyjątku, z odwiedzających kuźnię chłopców choć raz chciał dąć w ogień kowalskim miechem i przypatrywać się jak rozgrzane do czerwoności żelazo zmienia się pod uderzeniami młota w różne kształty. Edek lubił dzieci i nie przepędzał ich z kuźni, chociaż często mu przeszkadzały. Z dumą pokazywał im własnoręcznie odlanego w mosiądzu rumaka. Takiego nie można było kupić w sklepie w mieście, ani na kramach w odpust. Był też muzykalny. Miał w domu harmonię i bęben, na których w młodości grywał na weselach i zabawach.

  30. Chodzi o trapera Zebulona „Zeba” Machana – jednego z bohaterów serialu Jak zdobywano Dziki Zachód (1976–1979), który zdobył dużą popularność w polskiej telewizji na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Western miał na młodych mieszkańców polskiej prowincji niebagatelny wpływ. Najlepsze łuki robiło się z ciernistego krzewu – giętkiego, a jednocześnie niezwykle twardego. Za cięciwę służyła wędkarska żyłka. Ostrza do strzał wycinało się z blachy puszek po konserwach, a ich lotki zrobione były najczęściej z piór domowych ptaków – kur, indyków i gęsi. Pióra jastrzębi czy bażantów traktowane jako cenniejsze, wplatane były we włosy, a czasami sporządzano z nich nawet pióropusze. Na tomahawki przerabiało się lekkie siekierki, obcinając im o połowę trzonki. Nóż Bowie imitowały harcerskie finki. Uzbrojenie podkarpackich „Indian” dopełniały korkowce – rewolwery kupowane na odpustach. Można bez przesady stwierdzić, że ten przepis „jak zostać Indianinem” znają prawie wszyscy, urodzeni w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku w państwie, które nazywało się Polską Rzeczpospolitą Ludową.

  31. Scenariusz jest luźną adaptacją powieści Juliana Kawalca o tym samym tytule. W kontekście poruszanego tu postrzegania rzeczywistości przez osobnych należy zwrócić uwagę na specyficzny język filmowy Grzegorza Królikiewicza – sposób w jaki opowiedziana jest historia Topornego – „małorolnego chłopa z rzeszowskiego”, który zdobył awans w mieście, ale świat widział po staremu i przy stole mieszczańskich teściów opowiadał anegdoty o proszalnych dziadach…

  32. O cenie jaką za społeczny awans, związany z polityką, musiał zapłacić chłopski syn opowiada między innymi Człowiek z marmuru (1977) Andrzeja Wajdy, Kamień na kamieniu (1995) Ryszarda Bera – filmowa adaptacja głośnej powieści Wiesława Myśliwskiego – czy Kramarz (1990) Andrzeja Barańskiego z życiową rolą Romana Kłosowskiego.

  33. Tu i niżej – przyśpiewki weselne z okolicy Jasła, śpiewane na weselach po dziś dzień. W Weselu niebagatelną rolę odgrywa muzyka – kapela zawiadywana przez Tymona Tymańskiego gra standardy disco polo. Ten jakże istotny na polskiej prowincji gatunek doczekał również „analizy filmowej” – Maciej Bochniak w 2015 nakręcił Disco polo.

  34. Domu złym – filmie Wojciecha Smarzowskiego z 2009 roku Marian Dziędziel – też wciela się w chłopa z Podkarpacia – Zdzisława Dziabasa, który mieszka z żoną i synem-wykolejeńcem w chałupie za wsią…

  35. I Daniel Rycharski (Dawid Ogrodnik) – artysta, katolik i aktywista LGBT z Wszystkich naszych strachów (2021) Łukasza Ronduty i Łukasza Gutta stawiający na wsi przydrożną kapliczkę i walczący z homofobią w wiejskiej społeczności.

  36. Motto z Mistrza i Małgorzaty, które Michaił Bułhakow zaczerpnął z Fausta Johanna Wolfganga Goethego.


Piotr Korczyński – zastępca redaktora naczelnego „Polski Zbrojnej Historia”, historyk i publicysta; autor książek, m.in. Dawno temu na Dzikim Zachodzie, Śladami Szeli, czyli diabły polskie, Przeżyłem wojnę… Ostatni żołnierze Walczącej Polski, Zapomniani. Chłopi w Wojsku Polskim; współautor w tomie 2 i 3 Europejskiego Kina Gatunków oraz 1000 filmów, które tworzą historię kina. W „Mówią Wieki” i w „Polsce Zbrojnej Historia” prowadzi stałe cykle o kinie historycznym i wojennym.

Streszczenie:

Każda wieś ma swych „odmieńców” – wioskowych dziwaków żyjących na marginesie wspólnoty (gromady) i mniej lub bardziej przez nią tolerowanych. Różne są powody ich osobności – choroba, kalectwo, ale i doświadczenia życiowe, jak wojna, nieszczęśliwa miłość, czy prześladowania polityczne. Wielu z nich realizowało się w sztuce – zwanej naiwną, prymitywną lub Art Brutem. W ten sposób zarabiali na życie, lub szukali jego sensu, ale też stawali się depozytariuszami i kronikarzami życia wsi – jej historii, obyczajów, bolączek i wierzeń – bardzo swoistego synkretyzmu przeszłości z teraźniejszością. Tą mieszanką „czasów pierwotnych z modernizmem” zachwycił się między innymi Ludwig Zimmerer, który z niemieckiego korespondenta prasowego zmienił się w kolekcjonera polskiej sztuki ludowej i osobnej. Ta fascynacja udzieliła się także filmowcom, między innymi samemu Andrzejowi Wajdzie. Niektórzy z nich, jak Wiesław Dymny, Henryk Kluba, Witold Leszczyński, Grzegorz Królikiewicz, Wojciech Smarzowski, a przede wszystkim Jan Jakub Kolski starali się oddać ten świat „wiejskich dziwaków” w swych filmach. Byli oni też ich głównymi bohaterami, jak w Jańciu Wodniku Kolskiego, Słońce wstaje raz na dzień Kluby i Dymnego, Konopielce Leszczyńskiego, Tańczącym jastrzębiu Królikiewicza, czy Weselu Wojciecha Smarzowskiego. W każdym z tych filmów poznajemy wioskowego autsajdera lub człowieka, który się nim staje, a jednocześnie wchodzimy w „egzotyczny” świat polskiej wsi i poznajemy jej historię z nieznanej wcześniej strony.

Summary:

Every village has its ‘misfits’ – weirdos living at the outskirts of the community, who are only more or less tolerated by the rest of the residents. The reasons for their isolation are manifold – it can be illness, disability, but also life experiences such as war, unrequited love and political persecution. Many of them found solace and expressed themselves through art, which was often referred to as naive and primitive, as well as Art Brut. This was how they made their living, or searched for the meaning of life. In the process, they also became custodians and chroniclers of village life – its history, customs, problems and beliefs, which formed a peculiar syncretism of past and present. This mixture of the primitive and the modern delighted Ludwig Zimmerer, a German press correspondent turned collector of Polish folk and independent art. This fascination was also shared by filmmakers, including Andrzej Wajda. Some of them, like Wiesław Dymny, Henryk Kluba, Witold Leszczyński, Grzegorz Królikiewicz, Wojciech Smarzowski, and Jan Jakub Kolski, tried to picture this world of ‘village weirdos’ in their films, sometimes resorting to putting them in the role of their protagonists. This was the case in Kolski’s Jańcio Wodnik [Johnnie Waterman], Słońce wschodzi raz na dzień [The Sun Rises Once a Day] by Kluba and Dymny, as well as Leszczyński’s Konopielka Królikiewcz’s Tańczący jastrząb [The Dancing Hawk] and Smarzowski’s Wesele [The Wedding]. Each of these films showcases the village outsider or a character who becomes an outsider in the course of its plot. At the same time, the audience ventures into the seemingly exotic world of the Polish countryside and learns about its history from a hitherto unknown perspective.

Bibliografia:

Debiuty polskiego kina, red. Marek Henrykowski, Przegląd Koniński, Konin 1998

Wiesław Dymny, Słońce wschodzi raz na dzień i inne utwory, wybór i opracowanie Zbigniew Bela, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981

Piotr Korczyński, Śladami Szeli, czyli diabły polskie, Wydawnictwo RM, Warszawa 2020

Antoni Kroh, Wesołego Alleluja Polsko Ludowa, czyli o pogmatwanych dziejach chłopskiej kultury plastycznej na ziemiach polskich, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014

Moja powinność i moja szansa, z Kazimierzem Kutzem rozmawia Danuta Karcz, https://akademiapolskiegofilmu.pl/pl/historia-polskiego-filmu/artykuly/moja-powinnosc-i-moja-szansa-rozmowa-z-kazimierzem-kutzem/143

Agata Świeboda, Opowiem wam historię, maszynopis

Stanisław Wyspiański, Wesele, Ossolineum, Wrocław 1994

Ludwig Zimmerer, Zaproszenie do wnętrza, https://www.dwutygodnik.com/artykul/4644-zaproszenie-do-wnetrza.html


Film SŁOŃCE WSCHODZI RAZ NA DZIEŃ obejrzysz w ramach przeglądu towarzyszącego premierze kwartalnika na serwisie

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie obraz-1.png

oraz na serwisie naszego partnera:

Print Friendly, PDF & Email

18 czerwca 2022